Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

„Made in Poland” lepsze niż „made in Germany”

Dodano: 21/07/2020 - numer 2689 - 21.07.2020
Świat motoryzacji obiegła ostatnio wiadomość o przełomie w dziedzinie samochodów elektrycznych. Chińczycy zaprezentowali niedawno baterię samochodową, która jest tańsza od wcześniejszych i ma dużo większy zasięg. Great Wall Motors, chińska firma, która zaprezentowała wynalazek, może się więc w niedługim czasie stać potentatem w produkcji samochodów elektrycznych. Może więc europejskie i amerykańskie ulice będą w przyszłości pełne samochodów chińskich, jak dziś są pełne japońskich i koreańskich? A może po ulicach Ameryki i Europy mogłyby też jeździć elektryczne samochody naszej produkcji? W końcu ich budowa jest jednym z ważniejszych punktów planu Morawieckiego.
Pomysł polskiego samochodu elektrycznego wzbudził jednak wesołość wśród wielu polskich publicystów ekonomicznych. Ale czy wesołości nie budziły kiedyś samochody koreańskie czy chińska elektronika?
Made in China
W filmie „Powrót do przyszłości” jest taka scena, gdy psuje się wehikuł czasu. Jeden z bohaterów, pochodzący z lat 50., stwierdza, że to dlatego, że użyto w nim japońskich części. Bohater z lat 80. uzmysławia mu, że w jego czasach Japończycy robią już najlepszą elektronikę na świecie. Ten fragment filmu science fiction pokazuje, jak bardzo może się zmienić pozycja danego narodu na światowej arenie gospodarczej w ciągu zaledwie 30 lat. Ale my sami mogliśmy być świadkami takiej zmiany. Jeszcze w latach 90. XX w. produkty z etykietą „Made in China” kojarzyły nam się z tandetnymi zabawkami i tanimi koszulkami. Dziś, gdy słyszymy o chińskich wyrobach, na myśl przychodzą nam świetne laptopy czy smartfony. A wkrótce chińszczyzna może nam się kojarzyć z najlepszymi na świecie samochodami elektrycznymi.
Mało kto wie, jaka jest geneza etykiety „Made in…”. Nikogo nie zaskoczy, że nie została stworzona dla Chińczyków. To, że stworzono ją dla… Niemców, chyba już tak. Pod koniec XIX w. Wielką Brytanię zaczęły zalewać produkty przemysłowe z Niemiec. Dla Brytyjczyków był to szok, gdyż do niedawna to oni byli „fabryką świata”. Żeby bronić się przed „niemczyzną”, brytyjski rząd postanowił etykietować niemiecką produkcję napisem „Made in Germany”. Miało to zniechęcić brytyjskich konsumentów do kupowania produktów produkowanych przez niemiecką konkurencję. Pomysł mógł się wydawać dobry, gdyż jeszcze pod koniec XIX w. Niemcy kojarzyły się raczej z tanią i tandetną produkcją. Ostatecznie etykieta „Made in Germany” okazała się tak mało skuteczna, jak etykieta „Made in China” 100 lat później. A niemiecka produkcja stała się synonimem jakości i solidności.
Podobną drogę jak Niemcy przeszli w latach 60. Japończycy. Oni też początkowo wysyłali do Europy i Ameryki tanią elektronikę i samochody. Z biegiem czasu ich produkcja stawała się coraz lepsza, przy zachowaniu atrakcyjnej ceny. Szybko więc japońskie telewizory czy samochody zaczęły być popularne, dominując w amerykańskich czy europejskich domach i garażach. Japońska produkcja była synonimem dobrej jakości. Podobną drogą jak Japonia w latach 60. poszła 20 lat później Korea Południowa. Ona też zaczęła od masowego eksportu taniej elektroniki, aby w końcu zdominować światowy rynek smartfonów. Do Japończyków i Koreańczyków dołączyli w latach 90. Chińczycy. Dzisiaj trudno spotkać kogoś, kto nie miałby przy sobie telefonu wyprodukowanego w Japonii, Korei, Chinach czy na Tajwanie (jeśli ma iPhone’a).
Made in Germany
Za każdym razem, kiedy aspirujący do miana potęgi gospodarczej naród chciał dogonić aktualnego wtedy lidera światowej produkcji, skupiał się na nieco czymś innym niż ten lider. Niemcy nie planowali rywalizować z Anglikami w produkcji parowców czy pociągów. Skupili się na przemyśle chemicznym i samochodowym. Kiedy więc chemiczne środki czystości pojawiły się w niemal każdej kuchni, a samochód w niemal każdym garażu, było duże prawdopodobieństwo, że są one produkcji niemieckiej. Persil czy Volkswagen stały się synonimami dobrej jakości. Podobnie było i w czasach nam bliższych. Koreańskie samochody nie zdominowały już europejskich i amerykańskich dróg, jak kilkadziesiąt lat wcześniej samochody japońskie. Nie mówiąc już o samochodach chińskich. Za to koreańskich czy chińskich komórek używa prawie cały świat. Przemysł samochodowy został przez Seul i Pekin potraktowany jako przemysł tradycyjny.
Nie oznacza to jednak, że Azjaci w ogóle zrezygnowali z produkcji samochodów, oddając pole m.in. Niemcom. Potraktowali oni po prostu samochody benzynowe tak, jak kiedyś Niemcy potraktowali pociągi parowe – jako coś, co w niedalekiej przyszłości wyjdzie z użycia. Chińczycy skupili się na samochodach elektrycznych i, jak widać, osiągają pierwsze sukcesy. Tymczasem Niemcy obawiają się, że niedługo zostaną daleko w tyle, jeśli chodzi o nowoczesną produkcję. W pewien sposób nasi zachodni sąsiedzi stali się ofiarami własnego sukcesu, tak jak 100 lat temu Brytyjczycy. Niemiecki przemysł samochodowy zdobył sobie już taką pozycję na świecie, że Niemcy przestali myśleć o rozwoju, kontentując się swoją aktualną potęgą. Kiedy jednak Chińczycy dokonują przełomu w motoryzacji, okazuje się, że Niemcy za nimi nie nadążają.
Tak jak drogę Niemiec przeszły później Japonia, Korea Południowa, Tajwan i Chiny, tak dzisiaj Niemcy przechodzą tę, którą wcześniej pokonała Wielka Brytania. W XIX w. Zjednoczone Królestwo było największą potęgą przemysłową, a cały świat ubierał się w angielskie koszule i pływał angielskimi statkami. Nic nie mogło jednak trwać wiecznie, nawet brytyjska potęga przemysłowa. Z końcem XIX w. pojawili się nowi rywale – Stany Zjednoczone i Niemcy, którzy zaczęli wypychać Brytyjczyków ze światowych rynków. Brytyjski przemysł, który przez swoją dominację na świecie stał się ospały i mało innowacyjny, nie mógł nawiązać rywalizacji. Choć dzisiaj Wielka Brytania wciąż pozostaje bogatym krajem, to mało kto jeździ angielskim SUV-em czy pierze w angielskim proszku. Podobną drogę przechodzą dzisiaj Niemcy. Ich przemysł stał się tak potężny, że już widać pierwsze oznaki ospałości. Jeśli ktoś nie wierzy, niech wymieni niemieckie marki smartfonów lub laptopów.
Made in Poland
Z dokładnej analizy sukcesu Niemiec, Japonii czy Chin wyłonił się plan Morawieckiego. Przyszłością motoryzacji są samochody elektryczne, więc stały się one ważnym punktem rewolucyjnego programu gospodarczego obecnego premiera. Jednak pomysł ten wywołał niemałe rozbawienie wśród osób uważających się za znawców ekonomii. Jedni uznali po prostu samochody elektryczne za drogą zabawkę. Jednak te osoby po doniesieniach z Chin muszą chyba chować się w mysich dziurach, tak jak 100 lat temu chowali się w nich ci, którzy uważali wcześniej samochody spalinowe za drogą zabawkę. Ale była i druga grupa osób, wyśmiewających pomysł polskiego elektrycznego samochodu. Ta grupa uważała po prostu, że Polacy nie są w stanie wyprodukować nowoczesnego samochodu. Grupa ta najwyraźniej nie przestudiowała drogi Niemiec, Japonii czy Chin do potęgi gospodarczej ani nawet nie obejrzała „Powrotu do przyszłości” ze zrozumieniem.
To, że Polska nie jest dzisiaj innowacyjną potęgą przemysłową, nie znaczy, że zawsze tak będzie. Niemcy, Japonia czy Chiny też startowały z podobnego punktu. Za naszym krajem przemawiają argumenty, które przemawiały za Niemcami 150 lat temu, za Japończykami 70 lat temu i za Chińczykami 40 lat temu. Chodzi o ambicje i patriotyzm. Miliony młodych Polaków podejmują  trud, aby zostać informatykami lub inżynierami. Co więcej, kiedy zdobędą już niezbędną w nowoczesnym świecie wiedzę, wcale nie wyjeżdżają masowo za granicę, ale swój rozwój często kontynuują w kraju. Tacy ludzie mogą zbudować polski samochód elektryczny. Potrzebują do tego tylko pomocy polskiego państwa. Na nasze szczęście doskonale zrozumiał to Mateusz Morawiecki, tworząc swój Plan Opowiedzianego Rozwoju. To jest nasz pierwszy krok w procesie pokonywania Niemców.
 
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze