Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Kilka sekund szamotaniny

Dodano: 06/06/2014 - Numer 831 - 06.06.2014
Podczas suszy anakonda nie ma tu czego szukać. Wpływa do najgłębszego bajora, by czekać lepszych czasów, na upragnione deszcze. Dopiero wówczas z bezbronnej i ślamazarnej poczwary staje się prawdziwą bestią. Okrutną i bezlitosną. I śmiertelnie niebezpieczną. – Mierda – przeklina siarczyście, spluwając. Flegma ląduje na tafli wody, której jest tu po horyzont. Jest naprawdę gorąco, mimo pełnego zachmurzenia temperatura na pewno przekracza 30 stopni Celsjusza. Wierzchowiec z trudem brodzi w wodzie. Dwaj mężczyźni jadą już tak od ponad dwóch godzin, to znacznie dłużej niż zwykle. W normalnych warunkach mustang pokonywał tę trasę w góra trzydzieści minut, jednak nie dziś. Lało całą noc. Bezustannie. To znak, że pora deszczowa zaczęła się na dobre. – Mierda!!! – powtarza głośniej jeden z jeźdźców – Marcos. Od kilkudziesięciu minut nie wypowiedział innego słowa. Jest już naprawdę mocno zdenerwowany. Zdejmuje na chwilę kapelusz, aby przetrzeć chustą mokre włosy. Stróżka potu ścieka mu zza ucha, prędko mknie po nieogolonym policzku, by po chwili zawisnąć na krawędzi brody. Kowboj nie ma już siły, by ją ocierać. Jest coraz bardziej przerażony. Przecież powinien być w domu przynajmniej od dwóch godzin. Tam, gdzie czeka na niego jego upragniony hamak. – Mierda! Ile jeszcze!!! – Marcos już wie, że dzisiejsza decyzja o cotygodniowym patrolu po wielohektarowym gospodarstwie była najgorszą z możliwych. Pora deszczowa przyszła wcześniej, niż się spodziewał. Rozgląda się dokoła. Ponad lustrem wody ostały się tylko korony niskich drzew. „Zabawne. Wokoło tyle wody, a człowieka suszy, że hej” – myśli, gdy przypomina sobie, że ostatni raz pił wczoraj wieczorem. Rozgląda się i po prawej stronie dostrzega kępę drzew na górującym nieco nad otoczeniem wzniesieniu. „Wymarzona miejscówka na chwilę odpoczynku. Jeszcze tylko kilka minut i będą na miejscu” – myśli wyczerpany. Kowboj postanawia przywiązać konia do drzewa. A nuż wierzchowiec zobaczy wynurzone ponad taflą wody oczy kajmana, wpadnie w panikę i ucieknie. Co on sam tu wówczas pocznie? Wejdzie na drzewo i będzie czekał na pomoc? On? Prawdziwy llanero, mieszkaniec gigantycznych równin południa Wenezueli. Prawdziwy kowboj południa? A w życiu! Lepiej dmuchać na zimne. Zresztą, koń już teraz dziwnie się zachowuje. Fuka jakoś. Jakby coś widział. Marcos ogląda się, ale w otaczającej ich wodzie nie dostrzega żadnego ruchu. Najmniejszej nawet falki. „Biedak, zmęczył się i teraz to z niego wychodzi” – myśli, po czym delikatnie, by nie zdenerwować zwierzęcia, przywiązuje lejce do gałęzi, sam zaś wyciąga menażkę z siodła i idzie po wodę. „Brudna – trudno. Pić trzeba”. Nachyla się nad wodą. Szamotanina trwa kilka sekund. Może nawet i to nie. Przez moment słychać jeszcze krzyk. Przerażenie. Po chwili kilka pluśnięć, a potem już tylko cisza. Wielka i nieustająca. I rozszerzone do granic możliwości oczy konia wpatrujące się w miejsce, w którym przed sekundą zniknął jego pan. A on przecież widział, i próbował ostrzec. Kilkanaście kilometrów od miejsca, gdzie rozegrała się ta scena, życie mija spokojnie. Podwórko rancho. I kobieta rozwieszająca pranie. Nagle z sieni wypada na oko trzydziestoletni mężczyzna. – Gdzie on się podziewa, do cholery? Od rana mieliśmy zwijać bydło. Woda się podnosi – krzyczy. – Raul, wyluzuj, proszę... Co ty, brata nie znasz? Pewnie zajrzał do Eduardo i tam już został. Jakoś mnie to nie dziwi. Podaj mi, proszę, te dżinsy – odpowiada kobieta. – Masz anielską cierpliwość. Jak ty możesz z nim wytrzymać. Jakbym ja był jego żoną... – Dość. Raul! Dość. Idź. Zrób coś pożytecznego. Zobaczysz, wkrótce wróci. Zbieraj siły. Bydło w tym roku mocno się rozpierzchło. Miał wrócić. Tak wierzyła żona. Tak też w głębi duszy wierzył brat. Marcos jednak już nie wrócił. Znaleźli go po trzydniowych poszukiwaniach. A raczej ją – wielką, grubą, bezradną anakondę. Z racji połknięcia go w całości nie była nawet w stanie się bronić. Dryfowała po powierzchni gigantycznego jeziora niedaleko miejsca, w którym wciąż rżał przerażony koń. Wojskowa ekipa poszukiwawcza podpłynęła nieco bliżej. Bestia nie miała sił uciekać, bo to dopiero trzy dni. Normalnie na strawienie takiej ilości pokarmu potrzebuje około trzech tygodni. Żołnierze ostrożnie złapali i bez większych oporów przywiedli ją na brzeg. Tu zabili i rozpruli. W środku był Marcos. A właściwie jego ciało. Anakonda była olbrzymia, a po półrocznym okresie suszy wyposzczona i głodna. Gdy na llanos zapada susza, anakonda nie ma czego szukać. Wpływa do najgłębszego bajora, które ma największą szansę, by przetrwać suszę i tutaj czeka na lepsze czasy. Na upragnione deszcze. Dopiero wówczas z bezbronnej i ślamazarnej na lądzie poczwary staje się prawdziwą bestią. Okrutną i bezlitosną. I śmiertelnie niebezpieczną. Dla każdego.
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze