Próba budowy państwa obywatelskiego

4 CZERWCA \ Z JANEM OLSZEWSKIM ROZMAWIA PIOTR WOYCIECHOWSKI

Numer 1131 - 03.06.2015Publicystyka

Przyjmowaliśmy za pewnik, że będą próbowali storpedowania lustracji. Jej przeprowadzenie oznaczało zachwianie wpływów całej agentury, którą na obszarze Polski dysponowali Rosjanie.
Panie Premierze, rozmawiamy na kilka dni przed obchodami 23. rocznicy obalenia Pana rządu. Jak z perspektywy tego czasu i sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po wygranych przez reprezentanta obozu patriotycznego wyborach prezydenckich, postrzega Pan dokonania swojego rządu?
Uważam, że była to pierwsza próba odwrócenia biegu historii Polski, który został zdeterminowany założeniami ludzi mających w latach 80. ubiegłego wieku pełną świadomość, że ustroju komunistycznego nie da się utrzymać w takiej formie, w jakiej dotychczas występował. I że trzeba myśleć o kierunkach jego zmiany. Założenia te zostały wypracowane przez ośrodki związane ze służbami specjalnymi PRL u, partią i niektórymi środowiskami intelektualnymi. Musimy sobie wyraźnie powiedzieć, że tzw. plan Balcerowicza w swoich podstawowych założeniach powstawał właśnie wtedy i był następnie realizowany. Z naszej strony [obozu patriotycznego – przyp. P.W.] była to pierwsza próba odwrócenia tej sytuacji. Próba zapobieżenia budowaniu państwa oligarchicznego na zrębach PRL u. Próba podjęcia dzieła budowy demokratycznego państwa obywatelskiego. Próba w moim przekonaniu już w tamtym momencie spóźniona co najmniej o dwa lata. W związku z tym mająca minimalne szanse na realizację. Ale trzeba było ją podjąć. Druga okazja nastała dopiero 15 lat później, a trzecią z kolei mamy właśnie dzisiaj.
Czy dostrzega Pan sfery, w których Pana rząd osiągnął odczuwalne i do dziś jeszcze widoczne sukcesy?
Mieliśmy wtedy bardzo mało czasu. W momencie objęcia przeze mnie stanowiska prezesa Rady Ministrów podstawowym problemem, z którym zderzył się mój rząd, była katastrofalna sytuacja gospodarcza państwa i finansów publicznych. Dzisiaj mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że tzw. plan Balcerowicza doprowadził do kompletnego rozpadu finansów publicznych. Doszło do drukowania pustych pieniędzy. Nie było wiadomo, ile tak naprawę wynosi nadwyżka pustego pieniądza w gospodarce. I z tym przede wszystkim mój rząd musiał sobie poradzić. I to się udało. Na ten sukces nikt obecnie specjalnie nie zwraca uwagi, bowiem w świadomości historycznej rząd mój utrwalił się w związku z pewnymi posunięciami stricte politycznymi. Faktem jest, że pewne pilne zmiany w strukturach państwa zostały opóźnione, dlatego że musieliśmy sobie radzić z trudną sytuacją gospodarczą.
A polityka zagraniczna?
To, co zostało trwałe z tamtego okresu, to właśnie radykalny zwrot w polityce międzynarodowej. Wykorzystaliśmy niesłychanie korzystną wówczas dla Polski koniunkturę polityczną i wyraźnie postawiliśmy postulat przyjęcia nas do Paktu Północnoatlantyckiego. Zrobiliśmy to po to, by zablokować ewentualną odbudowę systemu dominacji nad Polską przez naszego wschodniego sąsiada i znalezienie się ponownie w obszarze jego wpływów. To także nam się udało. Pamiętam, że za dążenia mojego rządu do członkostwa w NATO byliśmy atakowani praktycznie ze wszystkich stron ówczesnej sceny politycznej. Ponadto naszą zasługą jest to, że nie dopuściliśmy do ugruntowania na obszarze RP silnych wpływów rosyjskich opartych na ponadnarodowych przedsiębiorstwach powstałych na eksterytorialnych terenach baz Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Gdyby do tego doszło, to trwale znaleźlibyśmy się w sferze wpływów rosyjskich i nie byłoby mowy o jakichkolwiek naszych aspiracjach do członkostwa w NATO. Jest to niewątpliwa zasługa, której nikt temu rządowi nie odbierze.
Lech Wałęsa optował wówczas za radyklanie niekorzystnymi z punktu widzenia naszych interesów narodowych zapisami umowy polsko-rosyjskiej. Dlaczego chronił interes rosyjski?
Mogę to przypisać tylko określonym wpływom w otoczeniu prezydenta Lecha Wałęsy. Myślę, że byli tam ludzie, których misja w tym zakresie była obarczona dużym znakiem zapytania. Skąd się tam znaleźli i co tam w rzeczywistości robili? Mało o tym wiadomo. Takie postacie jak kapelan ks. Franciszek Cybula czy szef gabinetu Mieczysław Wachowski powinni być przedmiotem dociekań historyków. Takich osób było więcej. Mam nadzieję, że była to tylko kwestia otoczenia Wałęsy, niczego więcej. Dochodzą do tego oczywiście ambicje samego Lecha Wałęsy.
28 maja 1992 r. Sejm RP podjął uchwałę potocznie zwaną lustracyjną, zobowiązującą ministra spraw wewnętrznych do ujawnienia Sejmowi informacji o osobach pełniących funkcje publiczne, które były zarejestrowane jako osobowe źródła informacji SB. Wnioskodawcą uchwały był Janusz Korwin-Mikke, ówczesny poseł i członek koła parlamentarnego UPR. Przez lata pojawiały się zarzuty, że to Pański rząd sprowokował uchwałę, chcąc ochronić się przed „nieuchronnym” odwołaniem. Jak Pan to skomentuje po tylu latach?
Tak jak Pan formułuje treść tej uchwały, to rzeczywiście można by było przypuszczać, że mogła być inspirowana, jeżeli nie przeze mnie, to przez kogoś z naszej strony. Tylko warto przypomnieć, jakie postanowienia uchwała lustracyjna zawierała. Z punktu widzenia konstytucyjnego i politycznego mieliśmy bijący w oczy absurd. Sejm zobowiązał ministra SW do ujawnienia w ciągu siedmiu dni listy agentów będących w składzie Sejmu, Senatu, Kancelarii Prezydenta, Rady Ministrów i wojewodów. To było oczywiście niemożliwe do wykonania. Myśmy stanęli wobec dylematu, czy można to zignorować w sytuacji, w której mamy do czynienia z uchwałą Sejmu RP, czy też spróbować zracjonalizować treść tej uchwały i odpowiedzieć na jej postanowienia w taki sposób, w jaki w ówczesnych warunkach była możliwa do wykonania. Gdybyśmy przyjęli pierwszą zasadę, to prawdopodobnie rząd mój pokonałby kryzys i miałby szansę funkcjonować dalej. Praktycznie oznaczałoby to pogrzebanie lustracji w ogóle, a lustracja w Polsce była absolutnie konieczna. Od momentu powołania rządu jednym z zadań, do których się przygotowaliśmy, było jej przeprowadzenie. Tyle że w tym momencie lustracja jako finalny akt prawny w randze ustawy nie była jeszcze gotowa i w tej sytuacji należało zaproponować rozwiązanie przejściowe. Zaproponowaliśmy powołanie specjalnego organu quasi-sądowego przez I Prezesa SN – Adama Strzembosza, który miał zweryfikować materiały SB od strony ich wiarygodności. Oczywiście ja miałem wtedy świadomość, orientując się w tym, czym dysponowaliśmy, że materiały archiwalne SB mają bardzo wysoki stopień zgodności z rzeczywistością. Ale od strony wymogów elementarnej procedury musiały być sprawdzone. I myśmy tę procedurę zaproponowali.
To się jednak nie udało.
Błąd polegał na tym…. hm, błąd, trudno mówić o błędzie, innego znanego postępowania nie było, natomiast nie należało przekazanej do Sejmu RP listy traktować jako informacji poufnej [informacje o osobach figurujących jako TW zostały opatrzone klauzulą „tajne” – przyp. P.W.]. Należało jednak próbować sprawę postawić publicznie. Zachowanie w tajemnicy tzw. listy Macierewicza okazało się niemożliwe, bowiem dane o osobach figurujących wyciekały do opinii publicznej już pierwszego dnia, a finalnie została opublikowana przez „Gazetę Polską”. Ujawnienia dokonywali samodzielnie także niektórzy parlamentarzyści figurujący na liście. Z kolei nasza propozycja podjęcia odpowiednich kroków dla zweryfikowania zasadności umieszczenia nazwisk na liście została kompletnie zignorowana i nie przebiła się do opinii publicznej.
Dlaczego w ramach realizacji uchwały lustracyjnej powstały dwie różne listy osób figurujących w archiwach SB jako osobowe źródła informacji? Na liście przekazanej Sejmowi RP, zawierającej dane 64 osób, nie figurowali: prezydent RP Lech Wałęsa i marszałek Sejmu RP Wiesław Chrzanowski. Ich nazwiska były na odrębnej liście przekazanej marszałkowi Sejmu, Senatu i prezesowi Sądu Najwyższego oraz prezesowi Trybunału Konstytucyjnego RP i prezydentowi RP.
Zadecydowała przede wszystkim rola, jaką te dwie osoby pełniły wówczas w państwie. Bo były to osoby centralne. W naszym przekonaniu należało zachować stabilność władzy oraz stworzyć dla zainteresowanych szanse na skorzystanie z naszych propozycji do odwołania się do komisji i prezesa Sądu Najwyższego oraz umożliwienie zweryfikowania materiałów ich obciążających



zawartość zablokowana

Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się