Chmara jaskółek „dobrej zmiany”

GOSPODARKA \ PO OGŁOSZENIU PLANU MORAWIECKIEGO

Numer 1347 - 18.02.2016Sport



Pod pewnymi względami Polska przeszła jednak rewolucję. Gdy ćwierć wieku temu minister przemysłu Tadeusz Syryjczyk wypowiadał niesławne zdanie, według którego „najlepszą polityką przemysłową jest brak polityki przemysłowej”, chyba nikt nie przypuszczał, że 25 lat później minister rozwoju obieca uruchomienie – bagatela! – biliona złotych na inwestycje. Chciałoby się zakrzyknąć „dlaczego tak późno”, choć z drugiej strony lepiej późno niż wcale.
Polsce tak naprawdę po upadku PRL u nie zaproponowano poważnego planu modernizacyjnego. Rzekomo misterny „plan Balcerowicza” był w istocie jedynie nagłym urynkowieniem gospodarki, nie bacząc na koszty. W efekcie łopatologicznie przeprowadzonej transformacji utraciliśmy większość naszego potencjału przemysłowego – dość powiedzieć, że co trzeci zakład przemysłowy zbudowany w czasach PRL u przestał prowadzić działalność. Jednocześnie sporą część tego potencjału oddaliśmy za bezcen, wiedzeni wpajanym nam przekonaniem, że wszystkie nasze dobra to jedynie kupa złomu – niektóre szacunki mówią, że w trakcie pierwszych 10 lat przemian za cały sprywatyzowany majątek otrzymaliśmy... 10 proc. jego realnej wartości. Te działania błyskawicznie sprowadziły nas do roli montowni produktów zachodnich firm, w porywach do roli ich poddostawców. Przede wszystkim jednak spowodowały coś jeszcze gorszego – przeorały na lata nasze spojrzenie na gospodarkę.
W Unii dobrze jest być
W społecznej świadomości Polaków utrwaliło się przekonanie, według którego państwo nie miało do odegrania żadnej istotnej roli w gospodarce, a całość procesów modernizacyjnych miała być nam dostarczana w wyniku gry rynkowej. W ten sposób nie dorobiliśmy się żadnego planu rozwojowego, a Polska nie wytworzyła żadnego specyficznego dla siebie modelu gospodarki. Całość procesów przebiegała siłą rozpędu i bezwładu, a pewien postęp zawdzięczaliśmy głównie temu, że mimo wszystko zachowaliśmy elementarny instynkt samozachowawczy, który nie pozwolił na to, by transformacja przebiegła u nas w tak bezwzględny i brutalny sposób, jak w Rosji czy na Ukrainie, co zaprowadziło nas w struktury zachodnie i wymusiło niejako pewne ucywilizowanie instytucji oraz procedur. Poza ogólnymi założeniami, że „w sumie to dobrze byłoby być członkami UE i NATO”, nie wypracowaliśmy żadnych szczegółowych strategii dotyczących głównych obszarów życia gospodarczego. Do dziś nie wiemy, jak ma wyglądać nasza energetyka – nie wiadomo, czy mamy oprzeć ją na węglu, czy może w większym stopniu eksploatować nasze zasoby gazu, czy może jednak postawić na atom.
To prowadzi do takich absurdów, jak wydanie ok. 100 mln zł na przygotowanie budowy elektrowni jądrowej, choć i tak wciąż nie wiemy, czy ona w ogóle powstanie. Nie możemy się zdecydować, czy chcemy zbudować instytucje państwa dobrobytu, czy jednak państwo minimum, w związku z tym wydajemy na politykę społeczną na tyle dużo, żeby nasz budżet to odczuł, ale na tyle mało, żeby polityka ta nie przyniosła dokładnie żadnych rezultatów. Chcieliśmy najpierw sprzedać PZU, w końcu doszliśmy jednak do wniosku, że może lepiej nie, „dzięki czemu” musieliśmy zapłacić niemal 5 mld zł odszkodowania koncernowi Eureko. A wszystko to było spowodowane zaszyciem w naszej świadomości społecznej przekonania, że „politycy swoje, a gospodarka swoje”. Przekonania, według którego nasze wspólne instytucje mogą sobie coś tam grzebać przy gospodarce, ale i tak tylko zachodnie inwestycje i gra rynkowa dadzą nam upragniony skok cywilizacyjny. Nic bardziej mylnego.
Gospodarka z peryferii
Pozostawienie większości procesów gospodarczych samym sobie utrwaliło naszą peryferyjną pozycję. Spowodowało także wiele złych trendów ekonomicznych. Zagraniczni inwestorzy nie palili się do prowadzenia w naszym kraju prac badawczo-rozwojowych, gdyż szukali nad Wisłą głównie taniej siły roboczej, której wystarczyłby śrubokręt, a nie kosztowna aparatura badawcza. Nasi rodzimi przedsiębiorcy, funkcjonując w niepewnym otoczeniu, także woleli nie ryzykować podejmowania innowacyjnych działań, zadowalając się imitacją starszych zachodnich rozwiązań, które dawały mniejsze zyski, aczkolwiek dzięki niskim płacom wystarczająco przyzwoite. W związku z tym mamy jedną z najmniej innowacyjnych gospodarek w UE. Polskie wydatki na badania i rozwój wynoszą ledwie 0,87 proc. PKB i są nie tylko dużo niższe od średniej unijnej (2,01 proc.), ale też o wiele niższe niż w państwach regionu (np



zawartość zablokowana

Autor: Piotr Wójcik


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama