Wojna widziana przez różowe okulary

​EUROPA \ Po zamachu w Manchesterze

numer 1731 - 24.05.2017Publicystyka

Chyba będziemy musieli stworzyć specjalny formularz kondolencyjny, do którego będziemy wpisywali tylko kolejne europejskie miasto i liczbę ofiar – mówi zrezygnowany rzecznik prasowy jednej z kluczowych instytucji w Polsce, kiedy rozmawiamy o zamachu, do którego doszło w Manchesterze. I choć brzmi to jak ponury żart, niestety ma uzasadnienie w faktach.

Inny obrazek: internautka @1RAgata napisała w ubiegłym tygodniu na Twitterze: „Donald Tusk straszy nas konsekwencjami za nieprzyjęcie uchodźców. A za tydzień napisze: moje myśli są z ofiarami”. Gorzka drwina się potwierdziła. Wczoraj Tusk dokładnie takie słowa napisał. Być może ową formułkę ma już też w „najczęściej używanych”.

Przyzwyczajcie się do zamachów

Eksplozja, która w poniedziałek wieczorem wstrząsnęła brytyjskim miastem, zabierając co najmniej 22 osoby, to kolejny zamach terrorystyczny w Europie Zachodniej. Sprawa tak bardzo spowszedniała, że burmistrz Londynu Sadiq Khan już po zamachach w Nowym Jorku w 2016 r. powiedział, że „ataki terrorystyczne są częścią życia w wielkim mieście”, w związku z czym trzeba „wciąż z nimi się liczyć”.

To podejście jest z polskiego punktu widzenia niesłychane. Mieszkańcy Krakowa, Warszawy, Poznania czy innych miast raczej nie wyobrażają sobie, by obok korków czy smogu musieli na co dzień wychodzić z domów w przekonaniu, że mogą do nich nie wrócić, a pożegnanie dziecka wychodzącego na koncert może być tym ostatnim. Pokazuje to dość dobrze, jak zmienił się świat na zachód od Odry.

Pięć pokoi w getcie

W ubiegły weekend gościłem w duńskim mieście Aarhus, gdzie na zaproszenie tamtejszego klubu „Gazety Polskiej” wziąłem udział w pokazie filmu „Wołyń”. Było to także okazją do spotkania z rodakami żyjącymi w tym niewielkim i bardzo (w stosunku do Polski) bogatym kraju. Obecnie w Danii przebywa ponad 20 tys. naszych rodaków. Uchodźcy? Na tysiąc osób przypada 3,2 osoby.

Jak wynika z oficjalnych danych, niewielu przybyszów wraca do domów –   2014 r. jedynie 162 osoby. Niewiele, tym bardziej gdy porównamy to z liczbą przybyłych – tylko w pierwszym kwartale br. przyjęto (według oficjalnych danych) 714 osób. W obozach przejściowych wciąż pozostaje jednak 8 tys., rozpatrywanych jest wiele wniosków o łączenie rodzin. Niektóre osoby czekają na rozpatrzenie swojej sprawy od wiosny 2015 r. By zobrazować to jeszcze bardziej, w całym 2016 r. zrejestrowano blisko 13 tys. nowych spraw. I jeszcze jedno: w całym 2016 r. tylko co piąty z uchodźców przebywających w Danii pochodził z ogarniętej wojną Syrii.

Tyle oficjalnych danych. Wraz z Piotrem, przewodniczącym klubu „GP” w Aarhus, poznaję miasto. Przybysze spoza Europy mieszkają w dzielnicach oddalonych od centrum. Takim jest Gellerupparken – osiedle bloków mieszkalnych. Kiedyś było ono oazą luksusu – są tu mieszkania mające ponad 100 mkw., niektóre z nich są pięciopokojowe, z dwiema łazienkami i tyloma balkonami. Dziś hula tu wiatr i mieszka ponad 80 różnych narodowości – w sumie ok. 8 tys. osób.

Szczególnie wielu jest imigrantów i ich potomków spoza Europy Zachodniej – ok. 80 proc. Gołym okiem widać, że Europa Wschodnia nie jest tu licznie reprezentowana. Mnóstwo za to dzieci i dorosłych muzułmanów, których poznajemy po tradycyjnych strojach. Wielkie centra handlowe i targowiska pękają w szwach od grup kobiet z dziećmi robiących zakupy przed nadchodzącym ramadanem. O kolejnych promocjach z tej okazji donoszą plakaty w obcych językach. Bezrobocie jest tu olbrzymie, co jak na Danię również nie jest typowe.

W gettcie jazzu nie słychać

Jak donosił już w 2014 r. brytyjski „The Independent”: „Aarhus jest bardzo otwarte na ludzi powracających z Bliskiego Wschodu”, wśród których mogli znajdować się terroryści z tzw. Państwa Islamskiego. Tak było w wypadku cytowanego przez gazetę Talha, syna uchodźców jeszcze z przypadającej na lata 60. fali emigracji. Tahl zgodnie z narracją liberalnych mediów jest więc Duńczykiem. Jak na „typowego Duńczyka” przystało, szkolił się przez 9 miesięcy wśród islamistów w Syrii, a na blokowisku Gellerupparken podobni jemu powitali go jak powracającego króla. Na blokowisku, gdzie „w pewnym momencie było tak niebezpiecznie, że karetki pogotowia przyjeżdżały w eskorcie policji”.

Ale to tylko jedna strona Aarhus. W tym roku miasto jest europejską stolicą kultury, co sprawia, że organizowane są tu liczne oficjalne i nieoficjalne imprezy. Na rogu przy jednym z pubów słuchamy standardów jazzowych, świeci słońce. Piwo jest drogie i w małych kuflach, ale to jedyny problem. Oprócz nas zespołu słucha kilkadziesiąt osób. Gołym okiem widać, że to całkiem inni ludzie niż ci z Gellerupparken. Nie ma mowy o multi-kulti



zawartość zablokowana

Autor: Wojciech Mucha


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się