Państwo z tektury (wciąż) ma się dobrze

POLSKA \ Wypadki z udziałem VIP-ów

numer 1928 - 18.01.2018Publicystyka

Rządy PO-PSL przyzwyczaiły nas, że wszelkie wątpliwości były rozmywane, odpowiedzialności nie ponosił niemal nikt, nawet gdy w grę wchodziła śmierć 96 najważniejszych osób w państwie. Niestety PiS w kwestii bezpieczeństwa rządzących idzie ścieżką wytyczoną przez poprzednią władzę.

Do tego obrazka z lat 2007–2015 zdążyliśmy się przyzwyczaić. Pijackie rajdy BOR-owców, stłuczka przed Pałacem Prezydenckim, atak jajkiem wymierzony w prezydenta Bronisława Komorowskiego na Ukrainie, wreszcie – już w 2010 r. – katastrofa rządowego tupolewa wyjaśniana do dziś. Nikt nie poniósł w związku z tymi – delikatni mówiąc – blamażami żadnych konsekwencji, a wręcz przeciwnie – Marian Janicki, niedługo po katastrofie smoleńskiej, został uhonorowany stopniem generalskim. Błyszczał w mediach dokładnie tak jak dzisiaj, przedstawiając się jako wybitny ekspert od przestrzegania procedur i wyciągania koniecznych wniosków, nie wspominając o konsekwencjach wobec podwładnych. Znamy te historie na wylot.

Bez zmiany (dobrej)

PiS w kampanii wyborczej zapowiadało odejście od patologii narosłych w czasach rządów PO. Wielu dziennikarzy, również tych, którzy okładali obie strony politycznego sporu po równo, nazywało tamten model sprawowania władzy „państwem z tektury”. Ale można je w skrócie opisać jeszcze tak: nie ma politycznej kontroli nad poszczególnymi instytucjami, cywilna kontrola jest iluzoryczna. Gdy coś się wydarzyło, nie było ani środków, ani chęci poprawy. Był za to tani PR, wmawianie wszystkim wokół, a przede wszystkim swojemu elektoratowi, że wszystko sprawnie funkcjonuje, „przecież pogrzeby odbyły się w ekspresowym tempie”, „przecież procedury łamią inni” – ci, którzy akurat zginęli – a my dołożyliśmy wszelkich starań, dlatego przyznamy sobie odznaczenia. 

Państwo gniło od środka i był to jeden z powodów wyborczego sukcesu PiS-u. Partia Jarosława Kaczyńskiego miała z „państwem z tektury” zwyczajnie skończyć. I choć na wielu polach gospodarczych czy społecznych osiąga sukcesy, to kwestia odpowiedzialności za najważniejszych urzędników państwa nadal kuleje.

Bez winnych

Jak to możliwe, że prokuratura, która tak sprawnie zamyka skorumpowanych urzędników od reprywatyzacji, rozbija mafie VAT-owskie, w skrócie: osiąga sukcesy w walce z drążącymi Polskę patologiami, nie jest w stanie od roku wyjaśnić wypadku premier Beaty Szydło? Przypomnijmy: na skrzyżowaniu w Oświęcimiu 21-latek w sei­cento wykonywał manewr skrętu w lewo. Wówczas na drugim pasie jechała kolumna rządowa, więc funkcjonariusz BOR-u, by uniknąć zderzenia z pojazdem chłopaka, trafił w drzewo. 

Śledztwo od miesięcy jest wydłużane. Kwestia moralnej odpowiedzialności za wypadek jest prosta: to kierowca fiata nie popatrzył w lusterko w momencie wykonywania manewru. Gdyby zauważył w nim samochody oświetlone sygnalizacją świetlną, zapewne poczekałby, aż przejadą. Tyle że zgodnie z procedurami pojazd uprzywilejowany musi posługiwać się również sygnałami dźwiękowymi. Przesłuchani świadkowie wypadku z lutego 2017 r. nie są w tej kwestii zgodni, a prokuratura zaprasza ich na doprecyzowanie wersji zdarzenia. Jeśli okazałoby się, że BOR nie użyło dźwięku podczas przejazdu, to nawet prędkość ok. 50–60 km/h, z jaką poruszała się kolumna kilkaset metrów od stłuczki, nie będzie okolicznością łagodzącą i funkcjonariusz może ponieść konsekwencje prawne



zawartość zablokowana

Autor: Grzegorz Wszołek


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się