Małżeństwo z rozsądku

numer 1974 - 13.03.2018Publicystyka

Kobiety są nieocenione i nadzwyczajne. Piszę te słowa nie tylko z okazji Dnia Kobiet, który fetowaliśmy kilka dni temu. Otóż gdy gruchnęła wieść, że referendum zorganizowane wśród wszystkich członków Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) zostało rozstrzygnięte i 460 tys. aktywistów partii dało ugrupowaniu zielone światło do stworzenia kolejnej „wielkiej koalicji” z unią chadecką, natychmiast zacząłem myśleć nad kolejnym artykułem – gdy zadzwoniła Ania, znajoma z Warszawy.

Zwierzyłem się, że szukam tytułu do tekstu o nowej konstelacji powstałej na niemieckim firmamencie politycznym. Prawie poczułem, jak kiwnęła z politowaniem głową nad moim brakiem wiedzy filmowej, po czym szyderczo parsknęła, twierdząc, że obecnej sytuacji za Odrą nic nie określa lepiej niż fraza „małżeństwo z rozsądku”.

Niemcy wstrzymują oddech

„Małżeństwo z rozsądku” zostało zawarte jedynie dlatego, że innego wyjścia zwyczajnie nie było. Jeśli dokładnie przeanalizować sytuację, w jakiej znalazła się Angela Merkel po 20 listopada 2017 r., czyli po zerwaniu przez Christiana Lindnera, lidera Wolnej Partii Demokratycznej (FDP), rozmów w sprawie zawarcia „koalicji jamajskiej”, w której skład miały wejść trzy siły polityczne – chadecy z CDU/CSU (kolor czarny), liberałowie z FDP (kolor żółty) i Zieloni (te trzy barwy składają się właśnie na flagę Jamajki) – wtedy widać wyraźnie, że była ona niesamowicie trudna.

Okazało się, że nawet jeśli Merkel utworzy gabinet z samymi Zielonymi, będzie to mniejszościowy, bardzo niestabilny i zdany na łaskę opozycji rząd, który nie ma szans na dłuższe przetrwanie, bo o komforcie kierowania państwem mowy być nie mogło. Sytuacji nie poprawiał fakt, iż ówczesny lider SPD Martin Schulz już w wyborczy wieczór 24 września 2017 r. zadeklarował nieopatrznie, że przechodzi do opozycji, potwierdzając słuszność przysłowia, iż milczenie jest złotem. Po upadku „jamajki” błagalny wzrok Frau Bundeskanzlerin spoczął na osobie prezydenta RFN-u Franka-Waltera Steinmeiera, który jednak przekonał Schulza do podjęcia rozmów z Merkel, podpisania wstępnego porozumienia i ogłoszenia w szeregach socjaldemokratów plebiscytu, którego wynik miał być wiążący dla kierownictwa partii. Całe Niemcy wstrzymały w napięciu oddech, gdy niespodziewanie wyszło na jaw, iż SPD to nie tylko 60-latkowie pokroju butnego Martina, ale także ludzie młodzi, którzy zaczęli głośno domagać się swojego miejsca w polityce.

Bunt młodych wilków

Miejsca w polityce najgłośniej zaczął się domagać Kevin Kühnert, przewodniczący stowarzyszenia Jusos, młodzieżówki socjaldemokratów. Młodość jest najczęściej bezkompromisowa i nie uznaje półśrodków, więc głos Kühnerta wybrzmiał bardzo wyraziście 21 lutego, gdy w świetle telewizyjnych kamer i w otoczeniu mikrofonów rozgłośni radiowych młody człowiek opowiedział o konieczności przejścia SPD do opozycji, dokonania wewnątrzpartyjnego katharsis i napisania nowego programu.

28-latek zdiagnozował dodatkowo przyczyny słabych notowań socjaldemokratów i o dziwo nie zaliczył do nich pęczniejącego problemu uchodźców, lecz jako winowajcę wskazał osłabienie działań opiekuńczej ręki państwa nad społeczeństwem, szczególnie na prowincji. Dostrzegam tutaj swoistą niekonsekwencję w orzeczeniu pana Kevina, gdyż ktoś taki jak on powinien jednak wiedzieć, że to właśnie niekontrolowany napływ uchodźców o mały włos nie doprowadził latem 2015 r



zawartość zablokowana

Autor: Tȟašúŋke Witkó


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się