Kryzys bez końca

Tymczasem w eurozonie \ Gospodarki krajów Unii Europejskiej

numer 2062 - 28.06.2018Publicystyka

Europejscy urzędnicy ogłosili koniec kryzysu, choć sytuacja w części krajów strefy euro nadal jest fatalna. Angela Merkel i Emmanuel Macron chcą budżetu strefy euro, choć zacieśnianie integracji wokół wspólnej waluty jest niebezpieczne dla samej UE. Niestety, jej idea zaślepiła głównych europejskich decydentów.

Grecki kryzys się skończył – oświadczył komisarz ds. walutowych Pierre Moscovici. Cóż skłoniło komisarza do tak optymistycznej wypowiedzi? Gospodarka grecka ruszyła z kopyta, tamtejsze firmy zatrudniają na potęgę, a eksport produktów znad Morza Egejskiego podbija świat?

Nie do końca, europejscy i greccy decydenci doszli po prostu do porozumienia ws. ostatniej transzy „pożyczki pomocowej” – choć to wyrażenie brzmi trochę jak oksymoron. Ostatnia transza będzie liczyła 15 mld euro i od momentu jej otrzymania Grecy będą musieli już sobie radzić z obsługą swojego gigantycznego długu na zasadach rynkowych. Pakiet pomocowy nie został im udzielony za darmo, ale będą musieli go zacząć spłacać dopiero od 2033 r. Jednak w zamian za to Grecy zobowiązali się do dalszych reform strukturalnych, czyli tłumacząc na ludzki – do zaciskania pasa.

Między innymi będą musieli osiągać pierwotną nadwyżkę budżetową w wysokości 2 proc. PKB aż do... 2060 r. Czyli przez najbliższe 32 lata ich budżet będzie musiał wychodzić do przodu o 2 proc. PKB (nie uwzględniając kosztów obsługi długu), a w najbliższych latach nawet o 3,5 proc. PKB. O jakiejkolwiek ambitniejszej polityce społecznej mogą więc zapomnieć aż do drugiej połowy obecnego wieku.

No cóż, jeśli tak wygląda koniec kryzysu według europejskich urzędników, to lepiej żeby Polska w żadną recesję nigdy nie wpadła.

Stracone pokolenie

Poza tym trudno w kontekście Grecji mówić o jakimkolwiek końcu kryzysu. W latach 2008–2016 Grecy byli w głębokiej recesji, niemal co rok notowali spadek PKB. Recesja dochodziła do 9 proc. W ubiegłym roku do Grecji powrócił wzrost gospodarczy, jednak wyniósł on ledwie 1,4 proc. Po niemal dekadzie recesji taki wzrost jest wręcz niezauważalny. W krajach bałtyckich odbicie po ostatniej recesji wyniosło 6–8 proc. Równie hucznie, tylko że nieco później koniec kryzysu świętowali Irlandczycy.

W pierwszych latach po zakończeniu recesji często statystyki wzrostu są niezwykle wysokie – wynika to ze specyfiki kryzysu oraz ze zwykłej matematyki. Po dużym spadku PKB wzrost jest liczony od dołka, a więc poziom bazowy jest niski. Z drugiej strony kryzys nie jest w stanie zniszczyć mocy produkcyjnych, które w razie ożywienia można w krótkim czasie przywrócić do stanu sprzed recesji.

Dzięki tym dwóm czynnikom odbicie po recesji zwykle jest efektowne – w Grecji wręcz przeciwnie. Co więcej, sami Grecy pamiętają czasy sprzed załamania gospodarczego, gdy ich wzrost dochodził do 6 proc. W 2006 r. Grecy osiągnęli 96 proc. średniego poziomu rozwoju UE, a więc byli niemal dwukrotnie bardziej rozwinięci niż Polska. W ubiegłym roku Polska osiągnęła poziom 70 proc. średniej UE, a Grecy... 67 proc. W nieco ponad dekadę spadli z poziomu średniej UE do poziomu byłych krajów bloku wschodniego.

Nie tylko wskaźniki wzrostu są w Grecji dalekie od normy. Jednym z głównych celów pakietów pomocowych, które zaserwowano Grecji, było zmniejszenie tamtejszego zadłużenia publicznego. Powiedzieć, że celu nie udało się osiągnąć, to jak nic nie powiedzieć. Przed kryzysem grecki dług publiczny wynosił 103 proc. PKB, co było efektem mało odpowiedzialnej polityki prowadzonej przez tamtejsze władze. Tylko że w 2017 r., po niemal dekadzie „oddłużania”, grecki dług publiczny wyniósł... 179 proc. PKB. Tak więc w stosunku do PKB wzrósł o trzy czwarte



zawartość zablokowana

Autor: Piotr Wójcik


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama