Cmentarzysko słoni

FELIETON \ Głos Wodza

numer 2103 - 16.08.2018 Publicystyka

Prof. Andrzej Jaeschke należał do tych bakałarzy krakowskiej Akademii Pedagogicznej, którzy najnudniejszy temat potrafili wyłożyć tak, że grono żaków słuchało jak zaczarowane. Osobiście miałem okazję przekonać się o tym późną jesienią 2005 r., gdy ten elegancki, postawny mężczyzna opowiadał nam o kulisach pracy parlamentarzysty.

Miał o czym opowiadać, gdyż kilka lat spędził na Wiejskiej jako senator IV kadencji. Przybliżał słuchaczom sposób procedowania ustaw, meandry zawierania tymczasowych sojuszy między posłami różnych ugrupowań, a także prezentował cały wachlarz chwytów i forteli pozwalających osiągnąć przewagę nad przeciwnikiem politycznym. Historia, którą zapamiętałem najlepiej, dotyczyła sprawy Anny Jaruckiej, komisji śledczej ds. PKN Orlen i nieszczęsnego oświadczenia majątkowego Włodzimierza Cimoszewicza, uwiarygodnionego za pomocą zagubionego faksymile. Co ciekawe, prof. Jaeschke, partyjny kolega – jak sam go nazywał – „Wołodii”, nie stwierdził, że Cimoszewicz został w całą sprawę wrobiony ani że jest winny. Nigdy nie ocenił tej kwestii. Ocenił natomiast, i to bardzo surowo, gwałtowne wycofanie się pana Włodzimierza z wyścigu o fotel prezydencki i jego ucieczkę do Puszczy Białowieskiej, w której kandydat się zaszył, by lizać polityczne rany. Stwierdził autorytatywnie, że było to zachowanie bardzo nieodpowiedzialne, powodujące osłabienie Sojuszu Lewicy Demokratycznej (SLD), a okolice Hajnówki, gdzie Cimoszewicz miał przebywać, określił mianem „cmentarzyska słoni”.

Niech się ubezpieczą (i jedzą ciastka)

„Cmentarzysko słoni” – tych politycznych – powinno czekać na Cimoszewicza, ówczesnego premiera, już latem 1997 r., po pamiętnej powodzi tysiąclecia. Kataklizm, który dotknął wówczas nasz kraj, wywołał ogromny szok. W wyniku kilkudniowych obfitych opadów deszczu pod wodą znalazła się znaczna część Polski. Zalania i podtopienia finalnie spowodowały śmierć 56 osób, a straty materialne sięgnęły kwoty 12 mld zł (3,5 mld dol.). Ostrej krytyce poddano wtedy działania zarówno rządu, jak i wszystkich władz centralnych, które reagowały bardzo opieszale mimo katastrofalnej sytuacji w rejonie Kłodzka czy Raciborza, a bardziej energiczne czynności zostały podjęte dopiero po zalaniu Opola i niektórych dzielnic Wrocławia. Pamiętają Państwo, co w obliczu tej narodowej tragedii rzekł premier Cimoszewicz? Otóż stwierdził on, że należało być przezornym i się ubezpieczyć, a osoby, które tego nie zrobiły, same są sobie winne. Rzecz niewyobrażalna – partyjny aparatczyk, od 1971 r. członek PZPR, całkowicie oderwany od rzeczywistości syn krasnoarmiejca wysiadł z luksusowej limuzyny i orzekł, po czyjej stronie leży wina. Co prawda w wyniku powszechnego oburzenia usiłował nieudolnie się wycofać ze swoich słów, ale i tak został zapamiętany jako ten, który w trudnej chwili pozostawił zwykłych ludzi na łasce losu.

Wiatry zawiały

Na łasce losu pozostawił Cimoszewicz również partyjnych kompanionów, i to tych, z którymi podstępnie knuł. Po zwycięskiej elekcji parlamentarnej 2001 r. władzę sprawował SLD w koalicji z Unią Pracy (UP). Na czele Rady Ministrów stanął Leszek Miller, a „Wołodia” objął tekę szefa resortu spraw zagranicznych. Partia wygrała również wybory samorządowe jesienią 2002 r., ale to jest już ostatnia pozytywna rzecz, która ją spotkała. Pogarszająca się sytuacja budżetowa zmusiła rząd do cięcia wydatków, co spowodowało drastyczny spadek poparcia społecznego. Na wszystko nałożyły się afery – najpierw Rywina, a następnie starachowicka – i w SLD powstał poważny kryzys. Kilku członków Sojuszu, w tym Cimoszewicz, przygotowało projekt uchwały „Dość złudzeń”, który poddawał ostrej krytyce działania ugrupowania. Na krajowej konwencji SLD, w marcu 2004 r



zawartość zablokowana

Autor: Tȟašúŋke Witkó


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się