O murze. I trochę o Adolfie

​NIEMCY \ 30 lat po upadku muru berlińskiego smak euforii zwietrzał; naród wciąż pęknięty

numer 2482 - 14.11.2019Publicystyka

Upadek muru berlińskiego w listopadzie 1989 r. i zjednoczenie, a raczej wtłoczenie terenów i ludności byłego NRD w krwiobieg bogatego, zachodniego brata w niecały rok później – to dwa filary mitu założycielskiego dzisiejszych Niemiec.

Zdaniem tych, którzy z pewnym rozczarowaniem patrzą dziś na minione trzy dekady, oba wyżej wymienione filary były zbyt słabe, by unieść ciężar wieloletnich zaniedbań, wzajemnych pretensji Ossis i Wessis, niezrozumienia i dojmującego poczucia obcości we własnym państwie po stronie Niemców z landów wschodnich. Aż 57 proc. z nich czuje się obywatelami drugiej kategorii. – Państwo niemieckie dla większości żyjących tu ludzi nie jest żadnym punktem orientacyjnym, niczym, z czym można się utożsamić. Ani sercem, ani rozumem – mówi wprost Bettina Röhl, niemiecka publicystka i pisarka.

Röhl widziała upadek muru z bliska. W listopadzie 1989 r. była w Berlinie. Patrzyła na wzruszenie wielu swoich rodaków, łzy w ich oczach. Jej również udzielił się nastrój chwili. 30 lat później smak euforii zwietrzał. W ostatnim w październiku weekendowym wydaniu dziennika „Tagesspiegel” słynna swego czasu łyżwiarka Katharina Witt mówi: „Nas, Niemców wschodnich, po prostu się ignoruje. Jesteśmy niewidzialni”.

Z manierą wszechwiedzącego

– Dzień Jedności Niemiec to dla mnie zgroza, jedna wielka hipokryzja, choć wypowiedziane przez Willy’ego Brandta zdanie, że w 1989 r. zrosło się to, co powinno, uważam za aktualne. Niemcy nie są już odbierane jako zagrożenie, chyba że ktoś się lęka tej dziwnej mieszanki aroganckiej ignorancji z apolityczną gotowością do puszczania wodzów fantazji, w której dziś jesteś weganinem i wrogiem dwutlenku węgla, kiedyś wrogiem komunistów, dziś kapitalistów. I wszystko z manierą wszechwiedzącego – mówi Röhl.

A potem z tematu zjednoczenia płynnie przechodzi do Niemiec A.D. 2019, wszystko się ze sobą zazębia. Migracja, frustracja postenerdowskich miasteczek, poczucie przynależności do najniższej kasty tylko dlatego, że nie szaleje się na punkcie tematów okołogenderowych, nie walczy bohatersko o klimat. A co z narodem? Nie ma narodu, bo samo pojęcie jest naznaczone fatalnym dziedzictwem, jest społeczeństwo, a ludzie odnajdują się w innych koncepcjach i samych siebie, i państwa, pojęcie jedności pozostało abstrakcją. Wchodzimy na kolejny poziom roztrząsania niemieckiej natury. Istnieje coś takiego? Jeszcze nie tak dawno znawcy Niemiec opierali się na teorii, że pozszywane z landów państwo definiowało się jako wspólnota tylko dzięki kulturze. To ona miała być zrębem niemieckiej tożsamości. Jak jest dziś? Przyszedł chyba czas na nowe teorie. Tak jak przyszedł czas na nowe Niemcy



zawartość zablokowana

Autor: Olga Doleśniak-Harczuk


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się