Tak tu jest. Od lat

FILIPINY \ MANILA

numer 2610 - 17.04.2020Podróże

Pisk opon i znów to samo. Wioząca mnie taksówka z hurgotem zatrzymuje się przed wymuszającą pierwszeństwo zdezelowaną starą toyotą. Po raz kolejny się udało. Stoimy zderzak w zderzak w gigantycznym korku w wąskiej ulicy Antonio Arnaiza.

Przy zapadających szybko ciemnościach i jeździe części kierowców bez świateł percepcja w konfrontacji z tego typu zdarzeniami jest zdecydowanie wolniejsza. Zwłaszcza gdy z naprzeciwka mija nas akurat rozszalały od jaskrawych świecidełek jeepney – tutejszy ogórek, czyli lokalny autobus miejski zbudowany na bazie amerykańskich samochodów wojskowych. Na filipińskich ulicach jest ich mnóstwo.

Z prawej mijamy przeszklone wejścia do kolejnych filii banków. Przy każdym z nich widać ubranego w mundur strażnika. Kolejny klient, zanim wejdzie, musi poddać się drobiazgowej kontroli osobistej. Tego wymaga sytuacja.

Z drugiej strony paskudne ogrodzenie z blachy falistej. Obklejone w każdy możliwy sposób plakatami. Zarówno wyborczymi – pamiętającymi jeszcze wybory z ubiegłego roku, gdy stronnicy Rodrigo Duterte zdobyli większość do senatu – jak i rozrywkowymi. Gwiazdy lokalnej sceny muzycznej królują na kolejnych posterach zapraszających na zbliżający się koncert. Wszystko bez ładu i składu. Nikt tego nie zedrze. Co najwyżej naklei nowy plakat. Rzecz jasna na starym. I tak toczy się to już od lat.

Mijamy niską chatkę. Przed wejściem leży mężczyzna. Nie rusza się. W mroku ciężko dostrzec, czy śpi. Naraz widok przesłania mi zatrzymujący się obok samochód. Młoda para wiezie na tylnym siedzeniu córeczkę. Nasze twarze są w tej chwili bardzo blisko siebie. Dzieli je jedynie samochodowa szyba. Rodzice namawiają dwulatkę, aby mi odmachała. Nie chce. Odpuszczam.

Nad kolejnymi mijanymi skrzyżowaniami widać splecione w nieładzie kable wysokiego napięcia. Nie mam pojęcia, w jaki sposób tutejsi specjaliści reperują ewentualne awarie. Dostanie się do konkretnego kabla graniczy tutaj raczej z cudem. Ale znów: jakoś się to wszystko toczy. Od lat.

Za cytadelą Fortu Santiago nad rzeką Pasig rozpoczynają się portowe zabudowania. Zacumowane barki. Kontenery na brzegu oczekujące cierpliwie na rozładunek. Zabiedzone domy. Widzę piątkę młodzieńców kąpiących się w rzece. Brudnej i przegniłej. Z setkami kilogramów śmieci pływających na jej powierzchni. I surowców wtórnych wyławianych dla zarobku przez biedniejszych mieszkańców. Tak tu jest. Tak się to toczy. Od lat.

Ulica Felixa Huertasa. Ta prowadzi wprost do chińskiego cmentarza. Wzdłuż mało ruchliwej ulicy widać pojedyncze domy. Co pewien czas wśród nich pojawi się przypominająca wenezuelskie favele zrujnowana chata z zakratowanymi oknami. W odróżnieniu od miasta Maduro jednak nie czuję strachu. W Caracas dzielnice nędzy skupione są w jeden zwarty, pulsujący organizm. Tutaj wszystko jest przetasowane. Może przez to bardziej oswojone. Nie budzi takiej grozy i strachu. Nikt nie zwraca na mnie większej uwagi. Można spacerować dalej.

Stacja metra przewrotnie ulokowana na wiadukcie. Wysoko, w bezpiecznym dystansie. Stąd widać lepiej. Pode mną iście miejski pejzaż udekorowany ściśle przylegającymi do siebie przegniłymi od wilgoci dachami.

– Hej, ty tam! Chodź tu do mnie! – dwudziestokilkuletnia Filipinka dostrzega, jak robię zdjęcia jej podwórza. Macha przyjaźnie ręką.

Turystom Manila ma prawo się nie podobać. Nie ma tu przecież zbyt wielu zabytków. Ani ujmującej atmosfery. Próżno też szukać dobrego klimatu. A zamiast kolorytu lokalnych mieszkańców prędzej natkniemy się na całe rodziny koczujące w śpiworach i kocach nocą na bulwarze nad Zatoką Manilską. Bezdomnych, którym życie nie ułożyło się wedle ich scenariusza. Do tego wszystkiego spacer po stolicy Filipin będzie wymagał ostrożności. Wizyta w tym mieście to jednak przygoda na całe życie. To niczym zstąpienie do ula, który zazwyczaj oglądaliśmy wyłącznie na filmach przyrodniczych. Z bezpiecznej perspektywy pokojowej kanapy. Wejście do jego wnętrza. A następnie próba przetrwania.



Autor: Stefan Czerniecki












#DziękujeMyZaOdwagę
reklama