Jaki tu spokój, nic się nie dzieje

BRAZYLIA \ Kraj przegrywa walkę z koronawirusem

26 lutego – brazylijskie media informują o pierwszym przypadku zarażenia koronawirusem. 17 marca – pierwszy zgon w kraju spowodowany tym patogenem. Mijają ponad dwa miesiące, a Brazylia stała się światowym epicentrum koronawirusa, z 415 tys. potwierdzonych przypadków i liczbą zgonów przekraczającą 25 tys. osób. Jednak dla przywódcy kraju Jaira Bolsonaro to nie problem. Nazywa wirusa lekkim przeziębieniem i myśli nad aresztowaniem gubernatorów wprowadzających restrykcje. Pojawiają się też doniesienia o celowym zaniżaniu statystyk zarażonych.
W walce z pandemią przyjęto różne modele działania, ale w większości przypadków mianownik był ten sam – odizolować ludzi od siebie, zamknąć miejsca użyteczności publicznej i nie dopuścić (lub starać się nie dopuścić) do sytuacji, by liczba zarażonych i hospitalizowanych z powodu koronawirusa przewyższała możliwości służby zdrowia danego kraju. Udało się tym, którzy na początku nie zbagatelizowali problemu. Reszta prędzej czy później musiała się zmierzyć z klątwą koronawirusa. Określenie to znalazłem na jednym z serwisów internetowych poświęconych pandemii. Idealnie obrazuje ono podejście nielicznych (na szczęście) krajów świata, które najpierw starały się nie dostrzegać zagrożenia, potem podawały w wątpliwość sens restrykcji, a na końcu biły rekordy liczby zachorowań i zgonów. Tego typu model idealnie pasuje do Brazylii, która w ostatnim czasie stała się światowym epicentrum koronawirusa. Kraj kawy był pierwszym w Ameryce Łacińskiej, w którym zdiagnozowano COVID-19. I choć ośrodki medyczne funkcjonują tylko w dużych miastach, a na prowincji służba zdrowia nie istnieje prawie wcale, przy odpowiednim i – co najważniejsze – wspólnym działaniu władz centralnych i stanowych Brazylia miała szansę wygrać nierówną walkę z patogenem. Niestety, wymachiwanie szablą, stojąc plecami do przeciwnika, nie sprawi, że się go pokona. A tak właśnie wygląda prezydencka polityka wyprowadzenia Brazylii z epidemii.
Nie dostrzegając problemów
Prezydent Jair Bolsonaro od wielu miesięcy nie miał dobrej prasy. W sierpniu ub.r. tematem numer jeden w zachodnich mediach były gigantyczne pożary Amazonii, które strawiły ponad 730 tys. ha lasu i sawanny. Brazylijski przywódca przyjął wówczas taktykę atakowania wszystkich, którzy wytykali mu, że to prowadzona przez niego polityka doprowadziła do tego, że amazońskie lasy nie były dostatecznie chronione. Gdy wybuchły pożary, odmawiał przyjęcia pomocy od tych, którzy żądali szybkich i zdecydowanych działań. Kraje Europy oferujące pokaźne środki Bolsonaro wyzwał od kolonizatorów, którzy pod płaszczykiem pomocy chcą położyć rękę na brazylijskich surowcach. Wreszcie jednak pod naporem opinii publicznej zmienił nieco nastawienie. Już wówczas było widać, że w czasie kryzysu Bolsonaro niezbyt dobrze radzi sobie z jego zażegnaniem.
Podobnie jest w przypadku pandemii koronawirusa. W pierwszej fazie zachorowań gubernatorzy poszczególnych stanów zaczęli wprowadzać spore restrykcje. Sukcesywnie zamykano granice, szkoły, restauracje, a względnie normalnie działały jedynie sklepy spożywcze i apteki. Przyjęto, że jest to jedyna możliwość na zastopowanie rozwoju choroby, zwłaszcza w fawelach, czyli dzielnicach nędzy, oraz na terenach wiejskich. Brazylijczykom przed oczami stały obrazy z Lombardii. Z ekranów straszyły widoki przepełnionych szpitali, statystyk zgonów i kolumn wojskowych samochodów, które wywoziły zwłoki zmarłych na COVID-19, gdyż nie było ich gdzie pochować. Przeciętnych Brazylijczyków zaczął przerażać ten widok, jednak nie samego prezydenta. Bolsonaro początkowo stwierdził, że koronawirus to nic innego jak przeziębienie lub lekka grypa, a to, co dzieje się w innych krajach świata, to wyreżyserowany spektakl, którego celem jest wywołanie ogólnoświatowej histerii. Co więcej, skrytykował gubernatorów za wprowadzenie obostrzeń, twierdząc, że nikomu one nie pomagają, a jedynie szkodzą gospodarce. O bagatelizowaniu koronawirusa przez prezydenta świadczy także to, że w ciągu miesiąca nastąpiły dwie dymisje na stanowisku ministra zdrowia. Zarówno Luiz Henrique Mandetta, jak i jego następca Nelson Teich nie chcieli się podporządkować prezydenckim zaleceniom rozluźniania obostrzeń, a także sposobu leczenia pacjentów z COVID-19. Bolsonaro nalegał bowiem, by używać hydroksychlorochiny, czyli leku na malarię.
Taśmy prawdy
W Brazylii polityczne napięcie nie słabnie, wręcz przeciwnie – narasta za sprawą ujawnienia z wyroku Sądu Najwyższego materiału wideo z jednego z posiedzeń gabinetu Bolsonaro. W jego trakcie prezydent wyraził, lekko mówiąc, głębokie niezadowolenie z postawy gubernatorów, którzy wprowadzili restrykcyjne środki walki z koronawirusem. Na nagraniu padły m.in. mocne słowa o tym, by uzbroić Brazylijczyków, którzy z bronią w ręku zatrzymają dyktaturę lokalnych władz. Bolsonaro zastanawiał się nad aresztowaniem niektórych gubernatorów, oskarżając jednocześnie lokalne oddziały policji o działanie na szkodę kraju. Stwierdził również, że posiada własną sieć wywiadowczą, gdyż krajowe instytucje „są przeciwko niemu”. Na nagraniu pojawia się także wątek korupcyjny w Rio de Janeiro, w który zamieszany jest jeden z synów prezydenta. Bolsonaro wskazał, że próbował wymienić członków służb w tym mieście, ale nie udało mu się tego dokonać, w związku z czym doprowadził do dymisji ministra sprawiedliwości Sérgio Moro.
Zaniżanie statystyk
Wśród wielu zarzutów znajduje się także ten – celowe zaniżanie liczby zachorowań i zgonów spowodowanych koronawirusem. W momencie oddania tego tekstu do druku oficjalne statystyki odnośnie do Brazylii mówiły o 415 tys. przypadków zarażenia i 25,6 tys. zmarłych. Tymczasem z raportu brazylijskiego instytutu badania opinii publicznej IBOPE oraz naukowców z Uniwersytetu Federalnego Pelotas (UFPEL) wynika, że zarażonych koronawirusem może być aż 760 tys. mieszkańców kraju, czyli blisko dwukrotnie więcej, niż podają raporty tamtejszego resortu zdrowia. O tym, jak rozmywają się statystki rządu względem niezależnych badań, świadczy także fakt, że według tych drugich tylko w największym brazylijskim mieście – São Paulo – liczba osób zakażonych koronawirusem wynosi 380 tys. To pięciokrotnie więcej, niż podają władze. Gwoli ścisłości należy dodać, że trudno jest monitorować sytuację np. w dzielnicach biedy czy tam, gdzie rzeczywistą władzę sprawują gangi narkotykowe, które bronią głównie swoich interesów, a nie zdrowia i życia lokalnych mieszkańców. Ponadto przeprowadza się niewiele, jak na skalę krajową, testów na obecność koronawirusa. Także opłakane warunki sanitarne przyczyniają się do wzrostu zakażeń. Jednak zdaniem brazylijskich mediów tak duże rozbieżności w statystykach nie są winą niewiedzy władz, lecz celowym działaniem, mającym ukazać, że kraj jednak radzi sobie z koronakryzysem mimo wielokrotnego bicia rekordów zarażeń.
Trudno wyrokować, co stanie się w najbliższych dniach, jednak coraz głośniej słychać o trzeciej fazie epidemii w Brazylii. Jak poinformował gen. Eduardo Pazuello, nowo wybrany minister zdrowia, liczba zachorowań może nadal wzrastać. Wszystko przez fakt, że osoby z prowincji zaczną przyjeżdżać do wielkich miast, by tam szukać pomocy medycznej. Tym samym Brazylia może na długo pozostać światowym epicentrum zarażeń. Pytaniem pozostaje, jak w tej sytuacji zachowa się prezydent i czy nadal będzie przekonywał społeczeństwo o „lekkich przeziębieniach”, czy może przyzna w końcu, że to ciężka choroba, która wywróciła do góry nogami cały świat.
     

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze