Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

W Rzymie gwizdek nie zabrzmiał

Dodano: 13/06/2020 - numer 2657 - 13.06.2020
12 czerwca, późne popołudnie. Ludzie zaczynają gromadzić się na Stadio Olimpico w Rzymie. O godz. 21 rozpoczyna się największa tegoroczna impreza piłkarska. Mecz Włochy–Turcja inauguruje zmagania w ramach Euro 2020. Ale zaraz, zaraz… Gdzie kibice? Gdzie pierwszy gwizdek sędziego? Gdzie cała otoczka, która towarzyszy tego typu turniejom? Niestety, w piątek na włoskim stadionie panowała cisza.
Jako kibic przeżyłem dwa zawody związane z mistrzostwami Europy. Pierwszy, jak wszyscy Polacy, w 2008 r., kiedy w premierowym występie na tego typu imprezie reprezentacja Polski prowadzona przez Leo Beenhakkera odpadła już po fazie grupowej. Po wkalkulowanej w scenariusz porażce z Niemcami 0:2, kiedy dwa gole strzelił nam niecieszący się z tego dokonania Łukasz Podolski, dokładnie 12 lat temu, również 12 czerwca, stanęliśmy przed ostatnią szansą wyjścia z grupy. Niestety wyrównujący gol przeciwników w ostatnich sekundach meczu z Austrią pozbawił nas szans na awans. Podobnie jak na mistrzostwach świata w 2002 i 2006 r. zagraliśmy w schemacie: mecz otwarcia – mecz o wszystko – mecz o honor. Jeszcze gorzej było w 2012 r., kiedy jako współgospodarz imprezy (z Ukrainą) skompromitowaliśmy się, odpadając w grupie z Grecją, Czechami i Rosją. Oczami wyobraźni ponad 100 tys. widzów zebranych w warszawskiej strefie kibica i miliony przed telewizorami widziało kanonadę strzelecką podczas meczu otwarcia z Grecją, po którym miało przyjść zwycięstwo nad Rosją. Z kolei ostatnie spotkanie z Czechami określano jako formalność i bramę do fazy pucharowej. Miał być historyczny sukces, wyszło jak zawsze. Po części los oddał nam to we Francji w 2016 r., kiedy reprezentacja Polski doszła do ćwierćfinału, przegrywając w dramatycznych okolicznościach z późniejszym triumfatorem imprezy – Portugalią. Na kolejny występ kadry na Euro, podobnie jak kibice pozostałych 23 drużyn, będziemy musieli poczekać do przyszłego roku.
Koronaeuro
Rozprawianie nad tym, czy przeniesienie Euro 2020 i tegorocznych igrzysk olimpijskich w Tokio było odpowiednią decyzją, jest całkowicie bezzasadne. Wpuszczenie kibiców na stadiony, np. na wspomniany wyżej obiekt olimpijski w Rzymie, to skupienie w jednym miejscu 100 tys. osób, w tym ponad 70 tys. na samym stadionie. Epidemiolodzy wskazali, że mecze odbywające się w początkowej fazie rozprzestrzeniania się koronawirusa były tykającą bombą, która wybuchła po dwóch tygodniach i doprowadziła Włochy na skraj przepaści. Gdyby zorganizowano Euro, cały kontynent naraziłby się na nową falę zachorowań i zgonów, zdecydowanie silniejszą od tej wiosennej.
Z kolei mecze bez kibiców to równie niedorzeczny pomysł, gdyż zabiłoby to całą atmosferę święta, jakim są mistrzostwa Europy. O organizacji imprezy w reżimie sanitarnym nawet nie ma mowy. Kibice w ograniczonej liczbie może i weszliby w maseczkach i rękawiczkach na stadiony, ale idę o zakład, że zaraz po zajęciu miejsca zostałyby one schowane do torebek i założone dopiero przy opuszczaniu stadionu. Ochrona nie zaczęłaby wypraszać takich kibiców, gdyż UEFA (Europejska Unia Piłkarska) nie pozwoliłaby na sytuacje, które zniszczyłyby ją wizerunkowo. Sondowano także pomysł przeniesienia zawodów na późniejsze miesiące br. To jednak także nie mogło się udać, bo niemal wszystkie europejskie federacje już teraz mają problem z terminarzami i rozgrywaniem zaległych meczów, a przecież zaraz trzeba będzie rozpocząć nowy sezon. Dlatego też decyzja o przeniesieniu Euro 2020 na przyszły rok, choć bolesna dla kibiców, jest całkowicie zrozumiała. Przesunięcie imprezy na 11 czerwca 2021 r. oznacza jednak gigantyczne straty finansowe. Szacuje się, że UEFA straci nawet 400 mln euro. A w zasadzie koronaeuro, bo taka nazwa zaczęła pojawiać się przy liczeniu strat związanych z pandemią koronawirusa.
Liga to nie to samo
Sukcesywne odmrażanie życia publicznego doprowadziło jednak do powrotu piłkarzy na zielone boiska. Jako pierwsi na taki krok zdecydowali się Niemcy. Ponowny start Bundesligi przyciągnął przed telewizory miliony fanów. W pierwszych rozgrywanych po przymusowej pauzie kolejkach ogromnym zainteresowaniem cieszyły się nawet spotkania, które w normalnej sytuacji przyciągnęłyby kilkukrotnie mniej fanów. Niedługo potem wystartowała także nasza rodzima ekstraklasa, jednak w tym przypadku entuzjazmu starczyło co najwyżej na kilka meczów, gdyż poziom większości ligowców jak stał na niskim poziomie, tak stoi nadal. W piątek wróciły rozgrywki La Liga, czyli hiszpańskiej ekstraklasy. Z kolei 17 czerwca na boiska wybiegną zawodnicy angielskiej Premier League, uznawanej przez wielu za najlepszą ligę świata.
Z jednej strony powrót do sezonu ligowego kiedyś musiał nastąpić (choć Belgowie, Francuzi czy Szkoci zdecydowali się na zakończenie rozgrywek bez dogrywania reszty meczów), to jednak żadne rozgrywki krajowe nie mogą równać się z imprezami rangi mistrzowskiej. Z biegiem czasu rzadko zdarza się, byśmy myślami wracali do któregoś z meczów ligowego sezonu. Większość znawców futbolu pamięta jednak finały Euro czy mistrzostw świata. Sensacyjny triumf Czechosłowaków na Euro w 1976 r., podobnie jak wygrana czempionatu przez Danię w 1992 r., gdy piłkarze udali się na turniej do Szwecji prosto z urlopów, kapitalny złoty gol Davida Trezegueta w finale z Włochami dający Francji wygraną na własnym podwórku podczas Euro 2000, dzięki czemu Trójkolorowi dzierżyli wówczas miano mistrzów świata i Europy, czy sensacyjny triumf Grecji podczas zmagań cztery lata później w Portugalii na lata zapadły kibicom w pamięć. To pokazuje, że każde tego typu zawody piszą swoją historię. Ostatnie trzy turnieje to bój największych na kontynencie o piłkarski prymat. Dwukrotnie (2008 i 2012 r.) mistrzem zostali Hiszpanie, zaś cztery lata temu to wspomniana już Portugalia, niczym Francja 20 lat temu, zdobyła tytuł mistrza Europy podczas turnieju we własnym kraju. Za faworytów tegorocznego turnieju uznawano Anglików, Francuzów i Niemców, którzy udanym występem mieli zmazać plamę na honorze w postaci odpadnięcia po fazie grupowej na mistrzostwach świata w 2018 r. w Rosji. Wśród czarnych koni wymieniano z kolei Polskę i Ukrainę. Na weryfikację tych prognoz przyjdzie nam poczekać okrągły rok.
Jeszcze spotkamy się na stadionach
Tegoroczne lato nie może zostać zaliczone do udanych dla kibiców. Zostali oni pozbawieni nie tylko Euro, lecz także turnieju na IO w Tokio. Zamiast tego zostają nam krajowe rozgrywki, archiwalne mecze z poprzednich imprez, a młodsi kibice mogą rozegrać turniej o wirtualny puchar na komputerach i konsolach. Koronawirus zamknął stadiony i po wielu tygodniach pozwala na otwarcie tylko części z nich. Nie przeczytaliśmy ocen meczu Włochów z Turcją ani zapowiedzi kolejnych spotkań na Euro 2020. Pamiętajmy jednak, że nawet największej pasji nie możemy przedkładać nad zdrowie i życie. Dziś meczów Euro nie zobaczymy, ale zróbmy wszystko, byśmy za rok spotkali się na stadionach, na których będą rozgrywane mecze turniejowe, a poszczególne kraje będą wolne od koronawirusa.
Szanowni Państwo!
To już ostatni tekst Serwisu ­Anty-COVID-19, publikowany na łamach „Gazety Polskiej Codziennie”. Dziękujemy, że byliście Państwo z nami!
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze