Na kresach Kresów

Numer 467 - 21.03.2013Ludzie

BIAŁORUŚ MIASTO NAD DŹWINĄ
10 kwietnia 2010 r. o godz. 8.26 czasu polskiego w związku z pojawieniem się mgły na lotnisku docelowym Smoleńsk-Siewiernyj w kabinie pilotów doszło do wymiany zdań: „Możemy pół godziny powisieć i odlecieć na zapasowe”. „Jakie zapasowe?”. „Mińsk albo Witebsk”.
Dominik Szczęsny-Kostanecki
Co nastąpiło później, wszystkim jest boleśnie wiadome. Samolot z prezydentem RP i 95 pasażerami, w tym wysokimi przedstawicielami państwa, rozbił się pod Smoleńskiem, nie mając nawet okazji, by spróbować lądowania czy to w Mińsku, czy w Witebsku.
Mińsk pojawia się w doniesieniach prasowych, czy szerzej – medialnych – stosunkowo często. Dość powszechnie bywa używany w charakterze metonimii państwa białoruskiego, co w istocie jest dość wygodnym zabiegiem stylistycznym, pozwalającym uniknąć krępujących powtórzeń. Po wtóre Mińsk, stolica białoruskiej dzjarżawy rządzonej przez jednego z bardziej wyrazistych przedstawicieli światowego klubu dyktatorów, raz po raz – przede wszystkim z okazji odbywających się tu fasadowych wyborów, świadczących o specyficznym poczuciu humoru rządzących – przyciąga uwagę zainteresowanych społeczeństw. Między innymi z powodów, których przedstawiać nie trzeba – społeczeństwa polskiego. A także – już po ogłoszeniu wyników, dla których proporcje oddanych głosów nie mają absolutnie żadnego znaczenia – stacje telewizyjne pokazują migawki z Mińska, gdzie po raz kolejny zebrał się tłum traktujący zasady demokracji o wiele poważniej niż przedstawiciele władz.`
Witebsk
Inaczej rzecz się ma z Witebskiem. Kto zna drugą część trylogii Sienkiewicza na wyrywki, ten na pewno przypomni sobie scenę, w której Zagłoba wdaje się w pojedynek słowny z wojewodą witebskim Pawłem Sapiehą i oczywiście… wygrywa go dzięki wspaniałej elokwencji skojarzonej z wrodzoną bezczelnością. Na uszczypliwe uwagi wojewody sugerujące, że jego opowieść o konfidencji z wielkimi tego świata to wyraz zarozumiałości, Zagłoba odpowiada przysłowiem zasłyszanym na Litwie: „Jakaś głowa kiepska – musi być z Witebska”. (Potop, cz. II, rozdz. 6)
Zważywszy, że – jak mówi ludowe porzekadło – nie ma dymu bez ognia, wypada nam zapytać, skąd wzięła się tak marna opinia o kwalifikacjach intelektualnych mieszkańców Witebska. By na to pytanie odpowiedzieć w sposób przekonujący, musimy zanurzyć się nieco głębiej w historii polityczno-administracyjnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Największe po prowincjach jednostki terytorialne tego olbrzymiego państwa, pozostającego olbrzymim nawet pod koniec swojego istnienia – podobnie jak i dzisiaj – nosiły nazwę województw. Były one bardzo zróżnicowane ze względu na wielkość, o czym można się przekonać, zestawiając województwo kijowskie (przed utratą lewobrzeżnej Ukrainy) z takim chociażby mikrusem, jak województwo płockie, ale również ze względu na zaludnienie. Jeśli Mazowsze było krainą o licznej populacji, to Witebszczyzna stanowiła jego przeciwieństwo. Dlatego też województwa rzadziej zaludnione, szczególnie w sytuacji, gdy zamieszkującej je szlachty było mało (jednocyfrowy odsetek), organizacja terytorialna nie wykształciła podziału na powiaty, a tym samym nie było instytucji sejmików powiatowych. Byłoby to bezzasadne, gdyż zgromadzenia takie świeciłyby po prostu pustkami. Miało to jednak poważne konsekwencje



zawartość zablokowana

Autor: Dominik Szczęsny-Kostanecki


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się