Pamiętnik pilota

II WOJNA ŚWIATOWA \ LOSY BOHATERA WALK POWIETRZNYCH

Numer 827 - 02.06.2014Historia

„Zawsze rano przelatuję nad swoim domem, widząc go jeszcze uśpionym po nocy, a wieczorem, gdy jeszcze przelecę […] i motor zaryczy śpiewem; wtedy z małego domu wybiega mały chłopczyk wymachując czapką, a za nim wychodzi kobieta z dwoma mężczyznami – to rodzice i bracia. Wszyscy patrzą w górę, gdzie szybuje samolot, a w nim macha ręką ich syn. […] Z góry przyglądam się im i myślę że jestem na bajecznym filmie. Szczęśliwy jestem…” – pisał 17-letni Eugeniusz Kasprzak, późniejszy bohater II wojny światowej, w swoim pamiętniku.


Eugeniusz Kasprzak urodził się 8 stycznia 1922 r. na Bronowicach w Lublinie. W tej lubelskiej dzielnicy mieściła się wytwórnia samolotów. Ojciec Eugeniusza pracował jako cieśla, natomiast starszy brat znalazł zajęcie w fabryce lotniczej.
Przeczucie
W 1939 r. Eugeniusz uczęszczał do Szkoły Pilotów w Świdniku. Na miesiąc przed wybuchem wojny szkołę przeniesiono do Łucka. „Wyjeżdżając na szkolenie […] miałem przeczucie […], że nieprędko zobaczę rodziców” – pisał w tamtych dniach.
18 września 1939 r., po wkroczeniu Sowietów do Polski rozpoczęto ewakuację lotniska. Eugeniusz wraz z kolegą stał wtedy na warcie. W całym zamieszaniu nie zdjęto ich ze służby. Kiedy załoga nie wracała po resztę sprzętu, zdecydował o wylocie pozostawionym samolotem. W pamiętniku zanotował: „Wziąłem jednego żołnierza, chociaż mnie jeszcze brać pasażera nie wolno. Z bojaźnią w sercu wsiadłem do maszyny. Bez spadochronu, bez pilotki i okularów, i poprosiłem Boga o wytrwanie maszyny przed dornierami, na które w powietrzu można się było natknąć. […] bacznie rozglądam się po niebie […] mam tylko rewolwer. Powietrze spokojne, można trochę pomarzyć. […] Zadumałem się. Przypomniał mi się dom i rodzina. […] wszystko widzę, tam mój dom, moje miasto, tam rodzice...”
Z rozmarzenia wyrwał go pasażer, informując o zbliżających się dornierach. Eugeniusz wyłączył motor. Pikując, zbliżał się do ziemi. „Czekam na serię… to już koniec… przeleciały nad nami… spoglądam nad siebie… lecimy dalej. […] Już cel, lądujemy. […] Poniedziałek 18 września 39’ o 8.45 ze łzami w oczach przekroczyłem granicę polsko-rumuńską. […] kilku oficerów się zastrzeliło. Każdy płacze, kiedy spojrzy na ojczystą ziemię, z której został wypędzony. Kilku żołnierzy zjechało czołgami z mostu do rzeki, ponosząc śmierć. Nie chcieli oddać czołgów” – opisywał tamte chwile.
Rodzice niepokoili się losem syna, dostali bowiem list o jego wypadku samolotowym.
Na obczyźnie
Podróż przez Rumunię była dla Eugeniusza gehenną. Doskwierał mu głód. Początkowo postanowił udać się do Jugosławii, by przez Włochy dotrzeć do formowanego we Francji Wojska Polskiego i do niego dołączyć. „Gdy przypomnę sobie, że ojczyzny nie ma, i do rodziców powrócić nie można, to czuję, że jestem gotów coś popełnić…” – pisał o swoim rozdarciu.
W Rumunii zachorował na czerwonkę. „ […] żyję tylko herbatą i chininą, zawsze ustami bucha mi krew” – wspominał. W ciężkim stanie trafił do szpitala w Babadag. Po trzech tygodniach zapadł na malarię: „Proszę Boga i modlę się, by chociaż nie umrzeć z dala od ojczyzny. […] tylu kolegów umarło na czerwonkę pochowanych w Babadag. Nikt o nich się nie troszczy. […] Nikt do mnie nie zaglądał. Każdy bał się zarazić. Pozostawałem sam, dniami w ciszy i smutku”.
Kiedy poczuł się lepiej, wieczorem wraz kolegami wybrał się do oddalonej o 25 km stacji Kuszelaki. Dotarli tam, przedzierając się przez błotniste pola



zawartość zablokowana

Autor: Paweł Wiejaczka


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




reklama










#DziękujeMyZaOdwagę
reklama