Cios w plecy

17 WRZEŚNIA 1939 R. \ WKROCZENIE WOJSK SOWIECKICH NA ZIEMIE POLSKIE

Numer 1217 - 14.09.2015Historia



W historiografii polskiej wydarzenie to nazywane bywa „ciosem w plecy”. Faktycznie był to cios zadany narodowi broniącemu się przed agresją hitlerowskich Niemiec. Już wojna z Niemcami była wystarczającą traumą, a do niej doszła kolejna.

Ludność była zdezorientowana. Jedni uciekali na Wschód, drudzy spotykali ich na drodze, idąc z przeciwnego kierunku. Obraz przemierzających nasze miasta i wsie żołnierzy spod znaku czerwonej gwiazdy wielu zachowało w swojej pamięci i to w sposób szczególny.
W Stanisławowie
Kresowy Stanisławów tak zapamiętał pan Tadeusz Olszański: „Dziś już wiem dokładnie, że to 17 września wszystko się zawaliło i skończyła się polska niepodległość, a do Stanisławowa w trzy dni później wkroczyła Armia Czerwona. W szarych, wystrzępionych u dołu szynelach do samej ziemi, z bagnetami na sztyk na długich karabinach i z dziwnymi szmacianymi woreczkami zawiązywanymi na sznurek zamiast wojskowych tornistrów na plecach. Szli godzinami od strony Majzli, przez wiadukt kolejowy, a potem Sapieżyńską przez miasto i ciągnął się za nimi zupełnie obcy, smrodliwy zapach ni to dziegciu, ni kału. Jechały śmieszne, ciągnięte przez koniki, wózki na dwóch kółkach z kulomiotem, zwane taczankami, armaty oraz tankietki i ogromne tanki, jakich nigdy przedtem nie widzieliśmy. Entuzjastycznie witała ich na Sapieżyńskiej ukraińska i żydowska ludność, a pod nowoczesnym gmachem poczty odbył się nawet wiec powitalny z mnóstwem czerwonych flag, które nie wiadomo skąd nagle się wzięły. To było straszne, bo w tym wiecu uczestniczyli ludzie, których codziennie widywaliśmy na ulicach, a niektórych nawet znaliśmy i nigdy nie podejrzewalibyśmy, że będą świętowali klęskę Polski. Nie mogliśmy uwierzyć i pozamykaliśmy się w domach”.
Kazimierz Zięba w roku 1939 miał rozpocząć naukę w IV klasie szkoły podstawowej. Jego ojciec był policjantem śledczym w Łucku, odznaczonym Orderem Virtuti Militari. Człowiek wielkiej odwagi, ale też kochający swoją rodzinę. Pan Kazimierz wspominał: „[…] w obawie przed represjami nacjonalistów [ojciec] kazał nam zmienić miejsce zamieszkania. Załatwił, że pojechaliśmy do Kołek transportem rzecznym. […] Nie mieliśmy odzieży, zabraliśmy tylko walizkę z bielizną. Mama postanowiła wrócić do Łucka. 16 września 1939 r., tą samą drogą rzeczną, płynęliśmy do domu. Nazajutrz płynąc rzeką, […] usłyszeliśmy strzelaninę z karabinów. Potem zobaczyliśmy na łące w pobliżu rzeki uciekających dwóch żołnierzy. Statek nasz zatrzymał się i zabrał uciekinierów na pokład. Żołnierze opowiadali, że wycofywali się przed naporem niemieckim i pociągiem wracali na tereny wschodnie Polski. Gdy dojeżdżali do jakiejś miejscowości, Ukraińcy i Żydzi z czerwonymi opaskami oraz żołnierze radzieccy okrążyli pociąg, żądając poddania się. Polacy otworzyli ogień; uciekli, komu się udało. To już była agresja radziecka na Polskę. Daliśmy tym żołnierzom ubrania cywilne i zostali wpisani w poczet pasażerów […]”. Po tym wydarzeniu statek zatrzymało NKWD w poszukiwaniu polskich żołnierzy. Na szczęście nikogo nie znaleźli, natomiast zażądali zmiany bandery: „[…] Nie było płótna czerwonego, więc jedna pani wysypała pierze z poduszki, a powłokę zbliżoną kolorem do czerwonej wciągnięto na maszt […]”. Ojca pan Kazimierz już nie zobaczył. W domu, w którym mieszkali, warunki były ciężkie: „Nie mieliśmy poza łóżkami na czym spać ani w co się ubrać […]. Później w naszym mieszkaniu zamieszkał radziecki oficer z żoną i dzieckiem



zawartość zablokowana

Autor: Paweł Wiejaczka


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama