Andrzej

fot. Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska
fot. Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska
Odszedł Andrzej Urbański, tak młodo. Polonista, wydawca, polityk, dziennikarz. Człowiek wszystko wiedzący, wszystko rozumiejący. „Knuł” już za czasów KOR u. Podziemną „Wolę” robił już od stycznia 1982 r. W stanie wojennym (liczę do 1989 r.) związał się z ruchami katolickimi: Duszpasterstwem Ludzi Pracy, Klubem Dziekania. Przeciwnik Okrągłego Stołu, ale w wyborach 4 czerwca pomagał. Rozkwitł, jak wielu innych, w Polsce mimo wszystko wolnej, w porównaniu z PRL em pod sowieckim butem. Nie brzydził się centroprawicą – „Tygodnik Solidarność” i inne pisma, partie (PC, Polski Program Liberalny, Ruch STU). Także nieudane łączenie prawicy z lewicą, czyli krakowski „Czas Polski”. Wiceprezydent Warszawy za Lecha Kaczyńskiego. Telewizja, „Pegaz”, cykl „Premierzy”. I wreszcie prezesura w TVP, gdzie doskonale widział, kto naprawdę rządzi. Jego marzenie – wielki serial o Solidarności; do dziś go nie ma. W TVP Jacka Kurskiego nareszcie się pojawił. Warto było go posłuchać. Brak uprzedzeń, świetna polszczyzna, cudowna lekkość wypowiedzi. Dobry kolega, jeden z mojej kolekcji szefów idealnych. Pomagał, nie wtrącał się. Coraz puściej wokół, coraz smutniej.
     

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze