fot. Marcin Pegaz/Gazeta Polska

Kijów – Warszawa. Całkiem inna sprawa

​POLITYKA \ Monterzy majdanu w Warszawie

numer 1786 - 28.07.2017Publicystyka

Wydarzenia ostatniego tygodnia dały nam możliwość nie tylko przekonania się, o co toczy się gra, ale i jak jest prowadzona. Jednak próba porównywania protestów przeciw ustawom o sądach do rewolucji na kijowskim majdanie to z jednej strony celowa zagrywka polityczna, z drugiej absolutne niezrozumienie charakteru oraz genezy polskich i ukraińskich problemów.

Nie sposób nie odnieść się do tego, co wybrzmiało w ostatnich dniach szczególnie głośno – do porównań sytuacji w Polsce do kijowskiego majdanu z 2013 r. Porównania niesłusznego, jednak z jakichś powodów z lubością powtarzanego. Porównania fałszywego w swojej istocie: bunt w Kijowie to bunt przeciwko oligarchicznej władzy, realizującej prywatne interesy prezydenta Ukrainy i jego bliskich mających oparcie w putinowskiej Rosji. Protesty w Warszawie to element życia w demokratycznym państwie, wykorzystanie (często na granicy) normalnie obowiązujących przepisów prawa do zgromadzeń i wyrażania swoich poglądów co do innej wizji przepisów prawnych. Być może wielu osobom w Polsce marzy się bycie rewolucjonistami i porównywnanie ich do bohaterów Niebiańskiej Sotni, ale jest to co najmniej nieeleganckie.

Wyszli, bo musieli

Tamten protest rozpoczął się wówczas, gdy w listopadzie 2013 r. prezydent Wiktor Janukowycz zdecydował się nie podpisywać umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Na ulice Kijowa wyszły pod koniec listopada nieliczne grupy studentów oraz przedstawiciele politycznej opozycji. Studenci zawsze są tą grupą, która domaga się radykalnych zmian w duchu liberalnym, co w autorytarnie rządzonym i zależnym od Rosji, skorumpowanym do granic możliwości państwie wydawało się zrozumiałe. Całą masą Ukraińcy wyszli na ulice jednak dopiero wówczas, gdy ten niewielki protest został zdławiony przez pogrobowców OMON-u – jednostki specgrupy MSW Berkut. To wtedy z miast i miasteczek na plac Niepodległości zjechał milion ludzi. I to wówczas stało się pewne, że sprawa nie rozejdzie się po kościach.

Kto zadecydował o wdeptaniu studentów w bruk placu? Tego do dziś nie wiadomo. Być może stały za tym siły nieprzychylne Janukowyczowi. Być może on sam myślał, że rozgoni „bananową młodzież”. Wiadomo za to, że uruchomiło to drzemiące w Ukraińcach pokłady niezadowolenia z powodu kierunku, w jakim idą sprawy w ich kraju. Szczególnie aktywni byli mieszkańcy zachodniej części kraju, znający realia życia poza strefą wpływów Federacji Rosyjskiej. To oni wiedli prym w początkowych dniach kijowskiej rewolty. Lwów, Iwano-Frankowsk (d. Stanisławów), Równe. Ludzi z tych miast spotykaliśmy na majdanie i to oni mówili nam o poziomie korupcji i zbydlęcenia władz. Wyszli, choć w skali Ukrainy (45 mln mieszkańców) i tak było ich niewielu (w czasie protestu na placu przebywało od kilku do kilkunastu tysięcy ludzi). Jedynie w kluczowych dniach protestu brały w nim udział dziesiątki tysięcy, a 1 grudnia 2013 r. setki tysięcy manifestantów. Przedstawieni zostali jednak jako zdrowa część społeczeństwa. I byli nią w istocie.

Majdan przegrał

Obrońcy majdanu wyszli na ulice w proteście przeciwko beznadziei i w sprzeciwie wobec bezkarności władzy. Uruchomiono drzemiące w nich pokłady buntu i sprawiono, że postanowili postawić na radykalne rozwiązania. W Polsce to się w ubiegłym tygodniu nie udało. Poziom niezadowolenia, pomimo radykalizacji przekazu w mediach, miał się nijak do tego, co myślą i czują Polacy. Mimo to chciano polską łódkę „rozbujać” za wszelką cenę. Protestowi, jakich wiele we współczesnych demokracjach, chciano nadać rys rewolucji przeciwko rzekomej autorytarnej władzy. 

O tym, że kijowski majdan został wykorzystany do rozgrywki między oligarchami, internacjonalistycznymi siłami (także tymi spod egidy George’a Sorosa) a putinowską Rosją, nie trzeba mnie przekonywać. Pytanie, kiedy Soros i jego wataha zorientowali się, że „można wejść do gry”. Dziś wielu z obrońców majdanu zmieniło się w „grantojadów” wszelakich fundacji zagranicznych. Inni legitymizują katastrofalną politykę Petra Poroszenki. Część zginęła podczas wojny w Donbasie, inni, jak mój przyjaciel Mojsza, kładą cegły na podwarszawskich budowach, zrezygnowani i wykorzystani.

W Kijowie w 2013 r. wykorzystano niezadowolenie (delikatnie mówiąc), które narastało w ukraińskim społeczeństwie przez lata, do wylansowania grupy działaczy w gruncie rzeczy nieutożsamiających się z postulatami rewolucji. Na tę metodologię działań zwracali uwagę ukraińscy patrioci i nacjonaliści, którzy włączyli się w protest na majdanie, licząc, że po odepchnięciu wpływu Rosji będą w stanie wyszarpać zmiany, które im odpowiadają. Nic takiego się nie stało. Rosja najechała wschód Ukrainy i anektowała Krym, a reszta kraju stała się suknem rozszarpywanym właśnie między oligarchami i koniunkturalistami, z których część wywodzi się jeszcze spośród gotujących kaszę dla swoich braci uczestników rewolucji godności.

Jak ustawić barykady na Marszałkowskiej

Sytuacji w dzisiejszej Polsce i na Ukrainie AD 2013 nie da się porównać. Podglebie dla społecznego sprzeciwu, które nad Dnieprem fermentowało przez cały okres rządów Partii Regionów, ma się nijak do tego, czym jest dzisiejsza RP. Sam przebieg kilkumiesięcznego protestu, zakończonego masakrą dokonaną na oczach całego świata, też nie jest możliwy do przeprowadzenia w kraju o ustabilizowanej demokracji.

Mimo to w różnych miejscach polskiej sceny politycznej i medialnej nie brakuje ludzi gotowych albo pisać w Polsce scenariusz majdanu albo przestrzegać przed nim, wieszcząc wojnę domową. Od skompromitowanych postaci w stylu Tomasza Lisa, który pisał: „Wiecie, kiedy będzie weto? Jak Duda będzie się nas bał bardziej niż Kaczyńskiego. 100 tys. ludzi i majdan. Albo za chwilę dyktatura”. Jak wiemy, weto przyszło bez strachu i bez majdanu. Wołania Lisa były jednak sprzężone z narracją opozycji, która obliczyła, że istnieje część Polaków, z jednej strony wrażliwa na tego typu porównania, z drugiej nie za bardzo zdająca sobie sprawę z tego, co zrodziło rewolucję za naszą wschodnią granicą.

Ciągoty ku podobnym porównaniom znajdujemy także u wielu polityków totalnej opozycji. Popychało ich to do tak fantastycznych postulatów, jak ten mówiący, że należy sprawić, by posłowie swoim immunitetem gwarantowali bezpieczeństwo protestującym. Ten dziwaczny w polskich realiach zabieg to nic innego jak dziwaczna próba powielenia scenariusza z Kijowa. Tam na początku majdanu, by nie został on zdławiony, rozstawiono wokół placu namioty, w których dyżurowali deputowani Rady Najwyższej. Przepisy na Ukrainie mówią, że poselski immunitet „promieniuje” na pomieszczenie, w którym znajduje się polityk, więc nie może tam interweniować milicja. Tyle że w Polsce nikt o niczym takim nie słyszał. Pokazuje to jednak, że chciano – nawet w tak kuriozalny sposób – przeszczepiać kijowskie patenty w Warszawie. Niektórym roiło się nawet okupowanie budynków rządowych. Skończyło się – musiało tak się skończyć – na niczym.

Grantojady atakują

Nie brakowało także innych szatanów, którzy starali się (z mizernym skutkiem) przekonywać, że w Polsce „tli się majdan”. Szczególnie niedobrze zasłużyły się tu media prywatne, budujące atmosferę lęku i powszechnego sprzeciwu. Ale i to nie koniec. Na uwagę zasługuje samorząd Warszawy, w formalny i nieformalny sposób udzielający wsparcia w postaci miejsca na „partyzanckie” plakaty projektowane przez grafików z ratusza, czy wreszcie sędziowie, w sposób jawny łamiący konstytucję, zakazującą im aktywności politycznej. Łamiący tę samą konstytucję, której obronę przecież deklarowali. Wszyscy oni próbowali wytworzyć atmosferę przedrewolucyjną. Do chóru dołączali politycy, cynicznie wchodzący w tę grę.

I to jednak nie koniec. Wykorzystano „dopalacze zewnętrzne” – wypowiedzi polityków i mediów zagranicznych, najczęściej lewicowo-liberalnych, mających dodatkowo „urabiać” opinię publiczną, że „Polska może zostać osamotniona”. Swoje dołożyli – niestety – także ludzie zaangażowani we wcześniejszą pomoc Ukrainie, dziś w przeciwieństwie do swoich ciężko pracujących i nieliczących na nic dobrego ze strony Kijowa pobratymców spijający śmietankę



zawartość zablokowana

Autor: Wojciech Mucha


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się