Dwie twarze Armenii

numer 2104 - 17.08.2018 Publicystyka

W tym samym numerze „Codziennej”, w którym ukazał się mój ostatni artykuł o Międzymorzu, kolega z łamów Wespazjan Wielohorski zamieścił wnikliwy tekst: „Erywań patrzy w stronę NATO”, opisując nagłą woltę nowego przywódcy Armenii Nikola Pasziniana. Pod rządami jego poprzedników zabiegi o przyjęcie do NATO umarły śmiercią naturalną, gdyż jedynie Rosja popierała zbrojne zajęcie azerbejdżańskiego Karabachu w 1993 r. przez Ormian, co potępiała Rada Bezpieczeństwa ONZ, w czterech uchwałach domagając się zwrotu okupowanych terytoriów.

I oto niezwykła nowina – Armenia weźmie udział w rozpoczętych właśnie w Gruzji ćwiczeniach NATO Noble Partner 2018. I to mimo że oprócz oddziałów gospodarzy i państw natowskich w manewrach uczestniczyć będą także żołnierze śmiertelnego wroga – Azerbejdżanu! Wielohorski słusznie zwraca uwagę, że komentatorzy polityczni uznają to za ważny przełom w dotychczasowej praktyce tego kraju, gdyż „Armenia w przeciwieństwie do Azerbejdżanu jest formalnym sojusznikiem Rosji, będąc członkiem Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym – paktu wojskowego, w którego skład wchodzą Rosja, Białoruś i trzy postsowieckie kraje Azji Środkowej”. Przeanalizujmy więc, czy jest to mackiewiczowska prawda, czy przejaw „wishful thinking”.

Rosyjskie manewry w armeńskiej wiosce

Aby uniknąć posądzenia o brak obiektywizmu, odwołam się najpierw do zdania ormiańskiego politologa, Armana Grigoryana, profesora amerykańskiego Lehigh University w Pensylwanii, który niezwykle ostro ostrzega zwolenników prozachodniego kursu w Armenii zwanych z rosyjskiego zapadnikami:

„Nasi zapadnicy powinni być uczciwi i szczerze objaśnić narodowi, co czeka Armenię, jeśli wybierze proponowaną przez nich drogę Saakaszwilego. Czyż nie jest oczywiste, że ceną za to będzie Karabach – jego oddaniem będziemy musieli zapłacić za takie podejście. A jeśli nasi zapadnicy uważają, że tak nie będzie, to niech nam wyjaśnią, dlaczego nasze obawy w tym względzie uważają za nieuzasadnione. Może dysponują informacją, że Zachód obroni Armenię przed rosyjskimi sankcjami, jeśli wybierzemy drogę Saakaszwilego czy Ukrainy? Niech chociaż powiedzą, na czym budują swoją pewność, że nie stanie się z Armenią to samo, co się stało z Gruzją i Ukrainą?           

Nie da się zaprzeczyć, że to prawda, czego świadectwem jest cyniczne porzucenie Gruzji przez Zachód w momencie rosyjskiej agresji w 2008 r. Rosyjski analityk z Wydziału Polityki Zagranicznej Rosyjskiego Państwowego Uniwersytetu Humanistycznego, Siergiej Markiedonow, zauważył równie słusznie, że dojście do władzy Pasziniana w wyniku masowego protestu wobec rządów „klanu karabaskiego”, uznawane za ogromną zmianę w polityce kraju, „paradoksalnie zmieniło zbyt wiele i – zbyt mało”, gdyż pole manewru Pasziniana po objęciu stanowiska premiera gwałtownie się skurczyło.

Sygnał, że Kreml nie jest zadowolony, był niezwykle brutalny: w lipcu oddział rosyjskiej armii z potężnej 102 bazy rozlokowanej w Armenii bez uprzedzenia zrobił sobie „manewry” ze strzelaniem w wiosce nomen omen Panik, której przerażeni mieszkańcy sądzili, że to początek kolejnej wojny. Premier Paszinian zmuszony był do wygłoszenia ostrego protestu 19 lipca, obwiniając wojsko rosyjskie o „prowokację skierowaną przeciw przyjacielskim stosunkom ormiańsko-rosyjskim i suwerenności kraju”.

Słabnie odwieczna przyjaźń?

Paszinian miał dotąd na głowie ważniejsze sprawy – w błyskawicznym tempie przeprowadzał czystki w aparacie władzy odziedziczonym po Serżu Sarkisjanie i jego kumplach, nie bez powodu zwanych w Armenii klanem czy wręcz mafią z Karabachu



zawartość zablokowana

Autor: Jerzy Lubach


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się