Zygmunt Hertz z paryskiej „Kultury”

Dodano: 16/08/2014 - Numer 890 - 16.08.2014
fot.Filip Błażejowski / Gazeta Polska
fot.Filip Błażejowski / Gazeta Polska

TAK ZAPAMIĘTAŁEM

Muzyczny duet „Marek i Wacek” był na progu podboju Europy. Zaczęli od Paryża. Mieszkali w Maisons-Laffitte. Przyjęci tam gościnnie ze względu na przedwojenną znajomość Jerzego Giedroycia ze Stefanem Kisielewskim, ojcem Wacka. Wacek dowiózł mnie autem na spotkanie z Zygmuntem Hertzem w małej kawiarence Gare Saint-Lazare. Zygmunt dojeżdżał do dworca kolejką z siedziby „Kultury” w Laffitte. Od razu lody zostały przełamane. Był kipiącym życzliwością człowiekiem. Duży, barczysty o mięsistej twarzy i skrzących się wesoło niebieskich oczach. Kafejki z powieści Carco Zaczęła się wartka rozmowa. Czytał to, co dotychczas napisałem. Słyszał o mnie to i owo od Jarka Abramowa, który jako jeden z pierwszych moich kolegów odwiedził „tajemniczą polską wyspę” pod Paryżem. Jarek, Agnieszka Osiecka, Andrzej Jarecki wrócili do Polski z wycieczki do Francji pod wielkim wrażeniem odkrycia „Kultury”. Jarek sekretnymi sposobami wysyłał listy do Zygmunta Hertza. Prowadzili ożywioną korespondencję. Doszło do znacznego stopnia zażyłości i Jarek nazywał Zygmunta „Wujem”. Informował go o życiu literackim w kraju, ożywionym wówczas Październikiem 56-ego roku. Wspominał o moich debiutanckich poczynaniach w prozie. Po wielu latach została wydana w tomie korespondencja Zygmunta Hertza z Czesławem Miłoszem i w listach Zygmunta są wrażenia z lektury moich pierwszych książek, „Tego starego złodzieja” i „Benka Kwiaciarza”. Zainteresował go język tej prozy i ludzie w niej opisywani. Wracam do pierwszego spotkania. Z Zygmuntem Hertzem pojechałem na kolację do „Lafitu”. Poznałem tamtejszą drużynę pod wodzą Jerzego Giedroycia. W następnych dniach z Zygmuntem odbywałem pionierskie wędrówki po bistrach i kafejkach Paryża, które dotąd znałem jedynie z powieści Francisa Carco o apaszach, subretkach, gryzetkach i podobnych postaciach paryskiego półświatka z początku dwudziestego wieku. Bliższą współczesności była lektura „Łuku Triumfalnego”. Po stronie autora Zygmunt Hertz okazał się nadzwyczaj serdecznym przewodnikiem. Odwiedzał mnie w hoteliku „Nivernais” przy rue Blumet, gdzie zamieszkałem i stamtąd ruszaliśmy na spacery. Przywoził lekarstwa, kiedy zapadłem na dokuczliwe przeziębienie. W nim przede wszystkim znalazłem oparcie w najważniejszej sprawie. Zmagałem się z poważnym dylematem do rozstrzygnięcia. Przyjechałem tutaj powodowany pragnieniem wydania w Instytucie Literackim swoich zapisków z Polski lat 1967–68. Jednak narastały wątpliwości, czy nie będzie to publikacja przedwczesna. Jerzy Giedroyc z pozycji redaktora i wydawcy namawiał do druku. Konstanty Jeleński miał już realne widoki przekładów. Wahałem się. Intuicja podpowiadała zachowanie możliwości pisarskiej egzystencji w kraju i wstrzymanie się przed radykalnym paleniem mostów. Bo przecież w PRL u po wydaniu książki w Paryżu zostałbym wtrącony w totalny niebyt. Wyłącznie skazany na przemycanie swoich tekstów za granicę. Czy jako pisarz nie przeistoczyłbym się w zacietrzewionego politycznie publicystę? Zygmunt Hertz doskonale rozumiał moje rozterki. I choć jako członek zespołu „Lafitu” zdawał sobie sprawę, że taka publikacja u nich, pierwsza, gorąca relacja z kraju o partyjnych grach na górze pod hasłem antysemickich czystek może być nie lada gratką, to jednak opowiedział się po stronie autora rozdartego wątpliwościami. Zdobył moje pełne zaufanie. Jakbym go znał od dawna. Miał bowiem prawdziwą otwartość na drugiego człowieka. W lot chwytał jego problemy i całym sercem pomagał mu się z tym uporać. Nasze długie rozmowy przemieniały się nieraz w mój monolog o własnych przeżyciach, doświadczeniach, zatajanych wątpliwościach, błędach. Zygmunt Hertz spełniał rolę mądrego spowiednika. Nieczęsto zdarzała mi się taka wylewność wobec drugiej osoby. Nie był dogmatykiem ani zimnym intelektualistą. Kochał życie w różnych odmianach. Lubił knajpy z dobrym żarciem, piciem w towarzystwie ciekawych ludzi. Z każdym znajdował wspólny język. Dowcipny, chwilami rubaszny, niezrównany gawędziarz, zawsze na luzie. Światowiec, globtroter, miał autentyczną ciekawość drugiego człowieka bez względu na nację, kolor skóry i pozycję społeczną. Pamiętam jego rozmowy z Erykiem, czekoladowym przybyszem z Martyniki, który był przyjacielem polskiej malarki Ariki Madeyskiej. Mieszkałem wówczas przy placu Republiki w rodzinie Zygmunta Solnicy, krawca rodem z Polski, który podczas okupacji niemieckiej przez dwa lata ukrywał się w schowku za szafą na Pradze u znajomego po fachu. Był warszawskim Żydem i pamiętał dozgonnie o tych z Pragi, uratowali mu życie. Poznałem go z Zygmuntem Hertzem (imiennicy) i we trójkę spędziliśmy kilka godzin racząc się białą wódką pod śledzia w restauracji Goldenberga na Marais. Przypadli sobie do gustu i krawiec Solnica opowiadał o swoim dzieciństwie i młodości na Gęsiej i Zamenhoffa, koszmarze okupacji, ucieczce z getta. Zygmunt Hertz w rewanżu o perypetiach w sowieckiej Rosji, służbie w korpusie Andersa. Sceptyczny romantyk Był jednym z filarów „Kultury”. Od początku wraz z żoną, piękną Zofią, jeszcze we Włoszech zaczął to dzieło, którego pomysłodawcą był Redaktor, Książę. Wszechstronnie wykształcony, z zamożnej łódzkiej rodziny, jego ojciec był prezesem Izby Przemysłowców i Handlowców, sam Zygmunt pracował w międzynarodowej firmie Solway i zaraz po wojnie miał możliwość powrotu do tego koncernu. Czekała go wysoka gaża, samochód do dyspozycji, willa. Jednak propozycja Giedroycia, choć wydawała się mu mocno utopijna, romantyczna w polskim duchu, pociągnęła go jako wyzwanie, przystał na nią mimo sceptycyzmu. Zygmunt Hertz utrzymywał częste kontakty z przybyszami zza żelaznej kurtyny. Obdarowywał ich wydawnictwami instytutu, otrzymywał materiały do publikacji z kraju. Bywali w Paryżu jego przedwojenni koledzy z gimnazjum, studiów. Jeden z nich został skaperowany przez bezpiekę. Otrzymał zadanie pozyskania figuranta do współpracy. Wił się i skręcał w tej roli. Zygmunt wyczuł jego intencje. Bawił się tym doskonale. Miało się odbyć jeszcze jedno spotkanie, tym razem z etatowym pracownikiem resortu. Tak opowiadał ze znaczną wyrozumiałością o smutnym przeistoczeniu się dawnego kolegi w TW bezpieki. Wszystko zakończyło się jak u Dostojewskiego. Udręczony kolega załamał się i wyznał mu haniebny cel owych spotkań. Ze swoim kuzynem z kraju, Pawłem Hertzem, poetą, eseistą, edytorem utrzymywał bliską, rodzinną więź. Ze względu na obawę ubeckiej inwigilacji spotykali się w kawiarence przy Gare Saint-Lazare. Ostrożność nie była pozbawiona słuszności. Po latach spotkałem przypadkiem pijanego kolegę ze studiów, który został ubekiem i jako emeryt w III RP opowiedział o dwutygodniowym „dyżurze” wokół siedziby „Kultury”. Miał zadanie obserwowania i fotografowania przychodzących tam ludzi. – Wynudziłem się piekielnie – skwitował swój trud. Wszystko idzie ku dobremu Zygmunt Hertz był niewyczerpany w pomysłach wynajdowania pomocy dla krajowców odwiedzających Francję. Zdobywał rozmaite stypendia, sam wspomagał materialnie. Znał świetnie stosunki panujące w PRL u i nigdy nikogo nie narażał na niepotrzebne ryzyko. W odróżnieniu od Jerzego Giedroycia miewał czasem zwątpienie co do skuteczności rozsadzania systemu komunistycznego. Nie wierzył w jego upadek za swojego życia. Uznawał jednak sensowność działania kropli, która żłobi kamień. Zapamiętałem jego wyprawy z „Kultury” na pocztę. Ciągnął za dyszel dwukołowy wózek na resorach wyładowany paczkami miesięcznika i książek dla prenumeratorów. Jeździłem z nim do drukarni przy rue Stevenson w odległej dzielnicy Paryża, gdzie wówczas składano książki, numery miesięcznika i kwartalnika „Zeszyty Historyczne”. Był duszą wieczornych posiedzeń na oszklonej werandzie. Zawsze pogodny, cierpliwy pocieszyciel wszystkich, którzy tego potrzebowali. Jarek Abramow zachował dla niego niezmiennie gorące uczucia jak do prawdziwego wujka, z którym często miewa się lepsze relacje niż z ojcem czy matką. Nieraz o Zygmuncie rozmawialiśmy w Warszawie. Dzięki niemu nowo poznany Paryż, a ściślej siedziba „Kultury” stała się tak ważna w moim życiu. Myślałem czasem o tej radykalnej decyzji, którą podjął Zygmunt Hertz z żoną Zofią. Wyrzekli się wygodnego i spokojnego życia, które mogli rozpocząć po wojnie i wszystkie swoje siły i zdolności oddali benedyktyńskiej pracy w zakonie Jerzego Giedroycia. Patrzyłem na fotografie młodej urodziwej pary w polowych mundurach koloru khaki żołnierzy II Korpusu w Afryce. Pamiętam bardzo wyraziście ostatni dzień mojego Paryża w 1969 roku. Zygmunt Hertz odprowadzał mnie na lotnisko. Był jeszcze czas do odlotu. Siedzieliśmy w kawiarni. Podarował mi długopis Mont Blanc z pudełeczkiem wkładów na zapas. Życzył dobrego pisania. A potem już tylko kilka telefonicznych rozmów z nim. Dzwoniłem z Warszawy. Dopadła go nieuleczalna choroba. Zmagał się z nią po swojemu. Broniąc się humorem i bagatelizowaniem wzmagających się dolegliwości. Głos miał taki sam jak zawsze. Głęboki, dźwięczny, podszyty żartobliwymi tonami. Nie omieszkał podzielić się wrażeniem z lektury mojej ostatnio wydanej książki. Zapytany o zdrowie odpowiedział, że wszystko idzie ku dobremu. Jeszcze rzucił jakąś zabawną anegdotkę o którymś ze wspólnych paryskich znajomych. To ostatni głos Zygmunta Hertza. Choroba pokonała go ostatecznie po kilku miesiącach. Jakie będzie Maisons-Laffitte bez Zygmunta? Tak pomyślałem. Długopis marki Mont Blanc mam dotychczas i służy mi wiernie. PS. Zapiski z lat 1967–68 nie ukazały się w Instytucie. Jedynie kilka z nich drukowanych było w numerach „Kultury” pod pseudonimem Seweryn Kwarc. Cała książka pt. „Syjoniści do Syjamu” ukazała się w wydawnictwie Świat Książki kilka lat temu.
     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze